niedziela, 28 listopada 2010

Jesu alitemwa abanabanono...




Ostatni czas jest bardzo gorący :) nawet pomimo śniegu, który w Olsztynie leży już od kilku dni.
Jeszcze rok temu spędzałam niedzielę misyjną w Zambii i to w największej okazałości - przeżywaliśmy 25lecie parafii i Sióstr Salezjanek w Zambii. To była uroczystość, wtedy dziękowałam Bogu, z Czarnego Lądu,za misjonarzy i misjonarki, za świeckich zaangażowanych w to dzieło i za darczyńców. W tym roku postanowiłam podzielić się misjami z najmłodszymi w Polsce.
Zaczęło się od Niedzieli Misyjnej w parafii na Gutkowie. Jeżeli mówić o misjach to tylko do dzieci. Msza Święta z ich udziałem to prawdziwa radość i uczta dla serca.
Razem z najmłodszymi parafianami odgadywaliśmy zagadki misyjne: jakie kolory ma różaniec misyjny? Jaki kolor mają paciorki ofiarowane Afryce? Co oznaczają kolory na fladze Zambii? (swoją droga dowiedziałam się, że żółty kolor na fladze oznacza Chińczyków:). Najodważniejsi pokazali swoim rówieśnikom jak wygląda rodzina afrykańska. Udało nam się również zaśpiewać i pobawić w języku cibemba (używany w Zambii). Oczywiście wszyscy Milusińscy obiecali modlić się za swoich kolegów z Afryki, często głodnych, brudnych i osieroconych.
Tydzień misyjny to, jak już mieliście okazję zobaczyć w podanych linkach, spotkania z kołem misyjnym w Szkole Podstawowej nr 25 w Olsztynie oraz przy parafii na Nagórkach. Małym misjonarzom najbardziej podobały się zabawki zrobione przez czarnych Słodasków z Zambii. Polskie dzieciaki były nimi zachwycone.
No cóż ducha misyjnego trzeba zaszczepiać już od najmłodszych lat:)

poniedziałek, 8 listopada 2010

...oto jestem...

O tym co porabiam...
zapraszam
http://www.youtube.com/watch?v=U_46CVaPooA
http://www.youtube.com/watch?v=j8dfl7WnprQ

tutaj też jest wspomnienie o mnie, aż mi się łza zakręciła, kiedy ja byłam w Zambii dzieciaki pamiętały...
Dzięki
http://www.youtube.com/watch?v=qNbF_ydjytU&feature=related

czwartek, 2 września 2010

ostatnie zapiski z Mansy - sierpień 2010



Zrobiło się bardzo wietrznie. Najbardziej uciążliwy jest kurz, który wdziera się wszędzie – do nosa, buzi, oczu. Noce i poranki, choć trochę cieplejsze nadal muskają chłodnym dreszczykiem i zmuszają do opatulenia się kolejnym kocem. W przyrodzie zmiany. Niektóre drzewa zrzucają stare, suche liście, zmieniając swe stroje i przygotowują się do kolejnej pory. Na moich ulubionych drzewach gardenii pojawiły się kolejne, słodko pachnące, szczególnie wieczorami, śmietanki. Mangowce już przybrały świeży zielony kolor i ustroiły się w kwiaty. Szkoda, że nie spróbuję już ich grudniowych owoców. Bananowce obsypane zielono-żółtymi kiściami (ostatnio poruszyłam w zgromadzeniu temat kradzieży jednej z kiści z mojego ogrodu, oczywiście winowajca się nie znalazł) częstują swoim bogactwem. W zależności od gustu i smaku można wybrać bardziej soczyste zielone odmiany, lub grube, żółte i bardzo słodkie. Na wieczór najlepsza jest papaja. Trzeba tylko znaleźć chętnego, który wskrabie się na kilkumetrowy pień i zerwie wielki zielony owoc.
Najbardziej jednak nie mogę nadziwić się świergotom ptaków. Są wyjątkowo piękne. Gdzie się nie ruszę słyszę piękne pieśni wyśpiewywane przez pliszki. Najbardziej lubię, kiedy zabieram się do malowania przedszkola i jednym uchem słyszę głosy dzieciaków dochodzące z sali a drugim ptasie melodie dochodzące z drzew i dachu. Jak by chciały mi towarzyszyć w pracy, uprzyjemnić to co robię w ostatnich dniach pobytu w Mansie.
Mamy, zatem tu taką małą jesienną słotę.
Jak przystało na prawdziwa gospodynię zabrałam się za przetwory. Brat Stefan przyniósł pomarańcze, siostra Zosia podzieliła się miksturą na dżem, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie – no wyszło tak sobie, siostra nie powiedziała, że kawałki powinny być bardzo małe i generalnie mój drzem to bardzo słodkie i twarde skórki pomarańczy, które można pożuć.
W wolnych chwilach siadam na łóżku i wspominam czas spędzony tutaj – dobrze, że tych chwil nie ma za dużo. Siostra Celeste nie daje odpocząć na finiszu i ciągle coś podsuwa. Śmiałam się ostatnio, że zaproszę ją do obejrzenia dzieła końcowego dzień przed wyjazdem, bo jeszcze coś dołoży.
Kiedy tak myślę o całym roku tutaj pojawia się uśmiech i ciepło w sercu, choć większość z tego czasu była niełatwa, wymagająca, czasem bolesna. Najpiękniejsze jest jednak to, że chyba odnalazłam odpowiedź na pytanie:, „Dlaczego Mansa?”. To, że mam w końcu pokój w sercu to, że są owoce pustyni. „Troska zrodzona z samotności nie może przetrwać, jeśli nie jest wspierana pełnym nadziei oczekiwaniem na dzień, kiedy wszystko się wypełni…Bez tego oczekiwania troska staje się chorobliwym zamartwianiem się bólem i stwarza więcej okazji do narzekań, niż do tworzenia. Jezus wyzwala nas od tego narzekania, wskazując, że po krótkim czasie troski następuje wielki dzień radości” (H. Nouwen). Życie ludzkie ma ten urok, iż pojawiają się w nim smutki i radości. Oczywiście my chcielibyśmy być tylko radośni, ale bez smutku nie dostrzeglibyśmy szczęścia. Tęsknota za rodziną, przyjaciółmi zakończy się radością z ponownego spotkania, wspólne zgrzyty z bliźnimi będą najbardziej cieszyły, kiedy uda się w końcu zrobić coś razem, nawet cierpienie i łzy niespełnionej miłości przyniosą owoce, wskażą odpowiednią drogę życia, która pełna jest spokoju i uśmiechu. Ten rok oczekiwania, pustyni przyniósł większą cierpliwość, pokorę, umiejętność pokonywania niektórych swoich barier, granic, słabości. To właśnie w tym oczekiwaniu mogłam dostrzec jak bardzo Bóg wypełnił moje życie. Dziś ze spokojem mówię, że nie był to rok przypadkowych smutnych wydarzeń, nieszczęść. Był to rok bezustannej sposobności do przeobrażenia serca. „Cierpliwe czekanie oznacza więc pozwolenie na to, aby nasz płacz i zawodzenie były oczyszczającym przygotowaniem do przyjęcia obiecanej nam radości” (H. N) Trzeba tylko zrozumieć i uwierzyć w cel czasem bolesnego oczekiwania a nie popadać w nudę i zgorzknienie.
Ostatni tydzień w Mansie. Staram się czerpać radość z każdej chwili z dzieciakami, pracownikami, siostrami. Jakbym chciała nadrobić cały rok. W poniedziałek 26 nauczyciele przygotowali mi niespodziankę urodzinową. Wszystko odbyło się w przedszkolu i to w wielkiej tajemnicy. Bo jak to jeden z nauczycieli, który zdążył mnie już trochę poznać powiedział – Kasi zrobić niespodziankę, niemożliwe… A jednak udało się, chociaż wywęszyłam już małe, co nie co w porannych przygotowaniach. Potem BaJessie (kucharka) przygotowała moją ulubioną potrawę afrykańską kachesha with granats. W ciągu dnia brat Stefan wpadł na kawę, dochodziły miłe smmsy i maile. A na sam koniec wiadomość z samego Shkrelu – Albania – pamiętamy o Tobie. Kto by pomyślał, jeszcze rok temu zapraszałam w Albanii na moje urodziny, które chciałam właśnie tam spędzić, a tu Afryka. Niezbadane są wyroki Boskie. Ciekawe gdzie za rok…. Swoja drogą mam zamiar świętować cały tydzień. W środę ofiarowano Mszę w mojej intencji a w niedzielę główna kolacja – urodzinowo-pożegnalna.
I tak mijają mi ostatnie chwile w Mansie. Pamiętam, jak jeszcze niedawno czytałam o ostatnich dniach na blogu Asi, a tu już pora wracać i mi…
Nie wiem, skąd i kiedy napiszę następnym razem. Nie martwcie się jednak, gotowa jestem na powrót, serce mam już troszkę stęsknione za Polską i moją Roksanką, spokojne i radosne że przecież zawsze mogę tu wrócić, choćby na chwilę (takie było moje życzenie urodzinowe – wrócić do Mansy – dostałam wielki wiwat za nie od nauczycieli)
PS. Martwi mnie tylko jedno, kot nadal nie wrócił….jakby chciał uniknąć pożegnania.


Wczoraj spędziłam ostatni dzień z moją ukochaną grupą Dominik. Czas minął bardzo szybko, ale i bardzo radośnie. Staraliśmy się przypomnieć wszystkie nasze ulubione zabawy z całego roku. Śmiechu było co nie miara…Kiedy moje myśli zaczęły krążyć po głowie zdałam sobie sprawę, jak bardzo dojrzały i urosły moje małe diabełki. Jestem z nich taka dumna. Po zabawach śpiewnym korowodem – słyszała nas chyba cała Mansa udaliśmy się przed figurkę Wspomożycieli Wiernych by jej ofiarować cały rok pracy i moje małe brązowe Słodaski. Oczywiście łzy cisnęły się do oczu i głos gdzieś uciekał, kiedy żegnałam się z nimi, ale wszyscy staraliśmy się być dzielni. Cukierki i buziaki były na samym końcu.
„Trudno się było rozstać; jeśli jednak rozstanie nie jest bolesne, to również powitanie nie może być radosne”

sobota, 28 sierpnia 2010

w Polsce

Cała i zdrowa dotarłam do Ojczyzny. Jak tylko sie urządzę wrzucę ostatni zapis z Mansy i cos nowego.
Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali w modlitwie i trzymali kciuki.
To był ciężki ale i tez najpiękniejszy rok w moim życiu.
Dziękuję!

piątek, 13 sierpnia 2010

Bus is coming c.d.

Pisze tym razem z Chingoli co oznacza ze dotarlam. Smiejemu sie wszyscy, ze chyba pobilam rekord bo, droge ktora mozna pokonac w 4 godziny ja przebylam w dwa dni.
Wroce zatem do Kabwe. Nastepnego dnia z samego rana napisalam do Jeffa by zapytac jak sie maja moje sprawy. Jasnie Pan raczyl odezwac sie okolo 11, ze przekazal pieniadze kierowcy, ktory wraca do Lusaki. Od razu zadzwonilam do tego kierowcy by sie z nim umowic w Kabwe i zgadnijcie co on mi odpowiedzial...
- I just passed Kabwe (wlasnie oposcilem Kabwe).
To byl moment przez ktory zaczelam sie zastanawiac czy ja na pewno mam do czynienia z normalnymi ludzmi. Zaczelam krzyczec ze chyba jest glupi...i rozne inne takie...Odpowiedzial mi, iz to z Jeffem jest problem. Grzecznie juz stwierdzilam ze to firma powinna nazywac sie problem.
Kierowca zakomunikowal mi ze nie wie co dalej i ze musi skontaktowac sie z Jeffem. Ja tez napisalam do "mojego przyjaciela Jeffa" ze nie mam zamiaru jechac po pieniadze do Lusaki i czekam tylko do 14.
Godz 12.25 dzwoni Jeff - Autobus z Lusaki wlasnie wyruszyl i kierowca ma dla ciebie pieniadze.
Ok 14 pojawilam sie na tym samym przystanku busow na ktorym czekalam poprzedniego dnia 4 godziny. Autobus przyjechal.
Kierowca zakomunikowal,ze ma dla mnie kase od Jeffa ale ma tez wolne miejsce dla mnie w autobusie. Podziekowalam i stwierdzilam ze skorzystam ale nie za normalna cene. Kazano mi wsiasc i zaczekac.
Wsiadlam i zajelam miejsce, gdyz chetnych bylo bardzo duzo. Postanowilam powalczyc zeby mi troche pieniedzy oddali.
Sama podroz mijala bez wiekszych atrakcji az do moementu kiedy dotarlismy do Kitwe (ostatni przystanek przed Chingola, jakas godzina drogi).
No wiec w Kitwe kazano nam wysiasc i powiedziano ze autobus nigdzie nie jedzie dalej.
No adrenalina wskoczyla mi na najwyzszy poziom zdenerwowania, jaki mam zaprogramowany. Juz dawno mnie tak nikt nie doprowadzil do granic mojej anielskiej cierpliwosci, ktora rozwijalam przez caly rok tutaj. Co najlepsze 5 min wczesniej ten sam kierowca klamal mi w oczy ze jedziemy tym samym pksem do samego konca.
Pierwsze co zapytalam o moje pieniadze od Jeffa. Oczywisce driver zasmial sie ze przeciez mnie wzial, to pieniadze te sa za przejazd. Zaczelam na niego wrzeszczec i przeklinac po Polsku ze sa idiotami bo za dzien spoznienia biora ta sama cene. Wszystko jednak na darmo...Bylam sama w ciemny wieczor w Kitwe... Co ja biedna muzungu moglam zrobic, tylko ich wyzwac.
Ostatecznie wsadzono mnie do busa jadacego do Chingoli i zaplacono za moj przejazd.
Zrezygnowana i wkurzona na maksa wykrzyczalam tylko do ludzi w busie zeby nie korzystali z linii RK MOTORWAY BO TO OSZUSCI.
Cala i zdrowa dotarlam do mojego celu po dwoch dniach przebojow z transportem publicznym. Tak sie zastanawiam czy nie zostac bojownikiem ludu zambijskiego w walce o prawa konsumenckie - specjalizacja:transport publiczny!!!! Zobaczymy!!! Czeka mnie jeszcze droga powrotna.
Tym czasem Kuba, polski wolontariusz z Krakowa pokazuje mi fajne miejsca w Chingoli.
Do uslyszenia...
Wracam jutro do Lusaki wiec prosze o modlitwe w intencji spokojnej i bezpiecznej drogi!!!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Bus is coming...

-O której przyjedzie autobus - to pytanie zadawane jest zawsze na stacji przez białych ludzi, którzy czekają na notorycznie spóźniające się PKsy.
- Bus is coming!! - odpowiadają wszyscy pracownicy.

Dzisiaj doświadczyłam co znaczy czekać na autobus. W niedzielę w drodze do Kabwe kupiłam od razu bilet na wtorek do Chingoli, żeby być pewną że będę miała miejsce. Wszystko poszło ładnie, bez problemu sprzedano mi wejściówkę. Wymieniliśmy się nawet numerami telefonów z pracownikiem firmy i ustaliliśmy że autobus będzie ok. 14.
We wtorek rano, ku mojemu zdziwieniu Jeff zadzwonił powiedzieć że wszystko ok i że tak jak ustalaliśmy będzie ok 14. Do południa udało mi się jeszcze zobaczyć kilka miejsc w Kabwe (m.in. bardzo ciężkie więzienie), poznać pozostałych współbraci o. Pawła i zjeść szybko lunch by zdążyć na autobus.
Chwilę po 14, kiedy z o. Pawłem "rozkoszowaliśmy" się hałasem i brudem stacji Pks Jeff zadzwonił kolejny raz, że mają opóźnienie ok 1,5h. wszystko jednak było oczywiste więc nie przejmowałam się tym zbytnio. ok 15.55 podjechał autobus tejże firmy u której ja wykupiłam bilet. Zapytałam czy jadą do Chingoli, ale okazało się że jadą tylko do Kitwe (stacja przed moim miejscem przeznaczenia). Wszystko jednak było bardzo podejrzane. zadzwoniłam zatem do przyjaciela Jeffa i zapytałam co jest grane, a on mi odpowiedział żebym się nie ruszała, autobus jest w drodze, mam czekać. No to siedzieliśmy z o.Pawłem do 17. Próbowałam się skontaktować z Jeffem ale jego, zresztą Pksu też,ani było widu, ani słychu. Po 3 min. naradzie zdecydowaliśmy wrócić do domu - ku zdziwieniu proboszcza (pochodzi z Ghany). Kiedy zapytał co się stało oznajmiłam Mu grzecznie, że ma szczęście iż nie jest Zambijczykiem bo gotowa jestem zabić pierwszego lepszego, jaki pojawi się na mojej drodze.

Pełna emocji postanowiłam, że następnego dnia wyruszam do Lusaki i próbuję odebrać moje ciężko zarobione kwacha tym oszustom!!!!
Kiedy uspokojona zajęłam się kolacją zadzwonił telefon. ku mojemu zdziwieniu był to Jeff. Spokojnie i grzeczne zapytał "Gdzie jestem? Przecież miałam czekać na stacji!!!
o zgrozo!!!! Spokojnym głosem odpowiedziałam grzecznie, że czekałam jakieś 4 godziny i nawet próbowałam się skontaktować ale ...i że chyba jest nienormalny, myśląc iż będę jechała teraz po nocy z nie wiadomo kim i czym!!!!!
Ustaliliśmy zatem, że jutro kiedy on będzie wracał spotkamy się w Kabwe i on odda mi pieniądze.
No to zobaczymy!!!!!

ach uwielbiam ten zambijski publiczny transport. Nigdy nie wiesz co może cię spotkać. Nadal jednak kultywuję moje motto "Take it easy"!!!!!

niedziela, 8 sierpnia 2010

Skleroza...

Kochani, napisałam ostatnio kilka słów co u mnie ale zapomniałam wziąć teks ze sobą z Mansy. Jak tylko do mnie dotrze wrzucę na bloga a tym czasem piszę do Was z Kabwe. Wsadziłam dziś Ewę w samolot (krzyczała i opierała się, lecz mimo tego że nabrała trochę ciała udało mi się ją wepchnąć w ostatniej chwili:); a sama ruszyłam w ostatnią podróż po Zambii by pożegnać przyjaciół. Właśnie goszczę u SVD, zatem żegnam sie z o. Pawłem. Potem w planach Chingola i ostatni etap - dotarcie do wodospadu Kalambo (drugi, najwyższy jednostopniowy wodospad w Afryce) oraz jezioro Tanganika. Potem już tylko Polska.
Olsztyniacy - Napiszcie kilka słów jak po Albanii?
Ściskam wszystkich bardzo gorąco......