Poranek Niedzieli Palmowej. Wcześnie rano słyszę pukanie do drzwi. Wyglądam przez okno by sprawdzić kto mnie zwala z łoża o tak wcześniej godzinie, przed drzwiami stoi Afrykanka. Otwieram drzwi by zapytać o co chodzi i słyszę dobrze znane w bemba dzień dobry. Amenshi, amenshi ku toilet Zrozumiałam zatem że czas na kąpiel. Moja łazienka jest typowo misyjna, jest to pomieszczenie przy klinice służące za ubikację (typ turecki - używać "na Małysza"). Tam załatwiam podstawowe potrzeby fizjologiczne oraz codzienną kąpiel, wszystko w towarzystwie moskitów. Duszące zapachy i brud nie przeszkadzają aż tak bardzo, w końcu jesteśmy na misjach a nie wakacjach. Uśmiech na twarzy wzbudza metalowa balia z ciepłą wodą o kolorze brązowym. Nawet nie zastanawiam się skąd ta woda, skąd taki kolor. Przecież oni dzielą się tym co sami mają, używają i skoro oni żyją to i ja nie padnę. Codzienna toaleta wymaga niezłego sprytu i sprawności gimnastycznej, najpierw myjemy się od głowy do pasa, potem jedna nóżka, po niej kolejna - istne akrobacje. Proponuje do formacji wolontariuszy dodać gimnastykę akrobacyjną, czasem przydaje się. Po kąpieli czas na ząbki. Realizując program ekologiczny "oszczędzaj wodę" wlewam do połowy kubka, pasta i wychodzę na zewnątrz. Cały proces szorowania jest obserwowany przez ba Petera, starszego mężczyznę chorego najprawdopodobniej na schizofrenię, no w każdym razie normalny to on nie jest, ale o nim będzie osobny rozdział. Ja stoję i szoruję ząbki, Peter siedzi i przygląda się zaciekawiony. Zastanawiam się czy w ogóle wie co ja robię. Uśmiecham się rozbawiona Po kąpieli pędzę na Mszę Świętą. Bardzo podoba mi się procesja z palmami wokół wioski. Kobiety z poszczególnych grup ubrane w swoje uniformy, wszyscy ze śpiewem głoszą chwałę Pana - na ile świadomie a na ile z obowiązku? Odpowiedź jest w sercach tych ludzi. Męka Pańska jest śpiewana z podziałem na rolę. Przyznam, że tego się nie spodziewałam na takiej wiosce, gdzie nie ma na stałe księdza i nikt nie pracuje z tymi ludźmi. Najbardziej podobają mi się części śpiewane przez całą grupę. W Polsce zawsze marudziłam sobie pod nosem, że taka długa ewangelia, że trzeba stać tyle czasu, tu w Afryce podczas Ewangelii wierni siedzą:)Mszy towarzyszy akompaniament bębnów, śpiewy i tańce - jak to w Afryce bywa. Różnica z Mansą jest taka, że tu nie używa się keyboardów czy elektrycznych gitar tylko instrumentów zrobionych ręcznie - oczywiście ma to swój urok. Po Mszy śniadanko w Zakrystii - bułeczki z pomidorem i serkiem w plastrach. Zapraszamy parish counsil, częstujemy go serkiem ale grzecznie odmawia pozostając przy pomidorach i bułeczkach. Myślę, że nie wie co to jest serek w plasterkach. W Old Mukushi jest tylko kilka wiejskich sklepików wyposażonych w najpotrzebniejsze do życia produkty. O serku nikt tu nie śni. To co zapamiętam na pewno na długo to smak herbaty. Woda gotowana na drzewie w insace nabiera smaku dymu drzewnego. Zatem herbata ma specyficzny "dymowy" smak. Po południu wyruszamy by skontaktować się ze światem. W samej wiosce nie ma networka, trzeba zatem przebyć ok. 6km by napisać smsma. Myślę, że to dobry program oszczędnościowy, zwłaszcza dla mnie w ostatnim czasie, no i pozbywam się jednej z pokus. Spacer jest przyjemny, droga utwardzona, w koło busz. Przy drodze czasem mijamy chatki, małe wioseczki położone wyżej (droga generalnie pod górkę).
Towarzyszy nam ba Kangwa, dziewczyna z wioski. Tak mija pierwszy dzień w buszu...
niedziela, 18 kwietnia 2010
sobota, 17 kwietnia 2010
Uciekinierzy
Tydzień przed świętami należało podjąć decyzję czy zostaję w Mansie czy spędzam je w niecodziennej atmosferze buszu. Nie zastanawiając się długo, chcąc odpocząć od ostatnich przygód poprosiłam o wcześniejszy urlop, siostra Zofia zakupiła bilet i tak w piątek 26.03.2010 opuściłam Mansę. Dobrze, że Ewa jechała ze mną tym samym Pksem bo jak wiecie kiepsko znoszę transport publiczny. Oczywiście african trip zaczęła się już w Mansie. "Pracownicy" firmy przewozowej na wstępie zażądali 50kw za bagaż oczywiście od każdej z osobna jako "ubezpieczenie" naszego posagu (swoją drogą na bilecie jest napisane że bagaż na własną odpowiedzialność). Tak rozpoczęły się pertraktacje, głównie Ewy, z napastnikami. Chwilami było zabawnie, zwłaszcza jak Ewa krzyczała na chłopaków:)Najpierw zaczęłyśmy że wcześniej nie trzeba było płacić (zgodnie z prawdą) - nie przekonało. Potem zażądałyśmy regulaminu firmy i oficjalnej treści z cennikiem za bagaż - nie przekonało, wręcz przeciwnie ośmieszyło to nas, jaki regulamin, kto w Afryce używa regulaminów. Ewa nawet podjęła próbę stworzenia formalnego dokumentu w kwestii bagażu - pisząc długopisem na rozkładzie jazdy że należy płacić za bagaż - tu nastąpiło zdziwienie zainteresowanych:) Ostatecznie zeszłyśmy do ceny 15kw za bagaż. Dostałyśmy za to gratis oddzielny luk bagażowy i zaniesiono nasze toboły do luku - tak więc nawet się opłacało. Po 2 godzinnym wyczekiwaniu ruszyłyśmy. Ewie trafiło zepsute siedzenie, tak więc większą część drogi spędziła w pozycji półleżącej, mi trafiło miejsce za panią o podobnej sytuacji, zatem ja spędziłam większą część drogi w pozycji pół-skurczonej, z kolanami pod brodą, między Ewą a przystojnym, młodym Afrykańczykiem. Podróż minęła dość szybko głównie na spaniu i słuchaniu muzyki. Moim przystankiem było Kabwe, miasto w okolicach Lusaki. Podobno za czasów kolonialnych było ono bardzo czyste i ładne, teraz taka większa szara afrykańska rzeczywistość, z dziurawymi drogami i śmieciami wkoło - jak wszędzie, gdzie do tej pory byłam.
Na noc zatrzymałam się u jednej z polskich misjonarek Świętej Rodziny s. Asceliny. Siostra jest mistrzynią nowicjatu i właśnie pracuje z młodymi kenijskimi dziewczętami, które odkrywają swoje powołanie. Oprócz przesympatycznych rozmów jakie mnie tam spotkały i miłej atmosfery udało mi się także polukrować przepyszne rogaliki, które dostaliśmy potem na drogę. Tego samego dnia poznałam także jednego z najbardziej znanych polskich misjonarzy w Zambii księdza MArcela. O księdzu Marcelim słyszałam już w Polsce i bardzo chciałam go poznać. Wydawało się to zupełnie niemożliwe, bo pracuje On w dalekim buszu, w miejscu do którego bardzo trudno dojechać - a do którego też dotarłam ale o tym później (gdzie diabeł nie dotrze, tam mnie pośle). Ojciec Marcel pracuje w Zambii już ponad 40 lat. Przez pewien czas pracował z kard. Kozłowieckim właśnie w Chingombe. Jego praca polega głównie na wizytowaniu i głoszeniu Ewangelii na stacjach dojazdowych. Zatem wszyscy się śmieją, że jest on ciągle w drodze a jego domem jest samochód. Sam mówi o sobie bush-man, zatem co tu dużo dodać.
Następnego dnia zatem wyruszyliśmy z księdzem Marcelem. Naszym celem było Old Mukushi - w misji tej przebywał wtedy o. Paweł. A droga długa jest...Tak trochę nam zajęło pokonanie trasy (która normalnie zajmuje ok 4h). Nam właściwie zeszło prawie cały dzień. Dzięki ks. Marcelowi mogłam poznać trochę farmerskiego życia. Zorganizował małą wycieczkę po "osiedlu" farmerów. Farmerska kolęda pokazała dwa światy Afryki. Z jednej strony gliniane domki, które czasem nie przetrwają porządnego deszczu a z drugiej przepiękny dom na wzgórzu, samolot w garażu:)Społeczność farmerską charakteryzuje wielonarodowość. Można się pogubić. matka Filipinka, ojciec Grek. Kim zatem jest dziecko?
Poznaję kilka rodzin i widzę jak ksiądz Marcel jest im bliski, jak witają go serdecznie i z uśmiechem, częstują...oczywiście ulubionym napojem bush-mena jest coca cola! W tych domach jest wiele ciepła i życzliwości.
Prawie trzy godziny spędzam w warsztacie gdzie misjonarz reperuje naszą (chyba "100 letnią":))brykę. Potem wjeżdżamy w pola kukurydzy. Obraz jak z filmów, które nieraz oglądałam, wysoka, kilkumetrowa amatawa i wykoszona wśród niej droga. Pochłaniam oczami te obrazy. Słońce powoli gasi swój blask. Oczywiście nie brakuje misyjnych opowieści, "obgadywania" wspólnych znajomych, zaspokajania ciekawości ze strony księdza i odwrotnie.
Jest już zupełnie ciemno, przy drodze żadnych chat, zupełne pustkowie. Podziwiam krzyż południa, który wskazuje drogę i chłonę rześkie, wieczorne powietrze. Dobry czas i miejsce na krwawą historię. Ksiądz Marcel opowiada jak kilka lat temu jadąc z dwiema wolontariuszkami zostali napadnięci. Napastnicy strzelają, kula przelatuje pod siedzeniem misjonarza, który każe uciekać dziewczynom w busz. One jednak nie pozostawiają księdza samego. Wydarzenie jednak kończy się szczęśliwie, nikomu nic nie jest z wyjątkiem wielkiego strachu. Szajka zostaje po jakimś czasie złapana przez ludzi z wioski.
Nagle za nami pojawia się samochód. Widać tylko światła. Ksiądz MArcel przyspiesza, tłumacząc że nie chce by ten wyprzedził go, bo potem kurzy. Nie poruszamy tematu ale wydaje mi się, że chodzi o zupełnie coś innego. Wielkie pustkowie, nieznane auto za nami, niewiadome kto i w jakim celu. A podejrzane jest że samochód jedzie o tak późnej porze i to w tej części buszu. Na mojej skórze pojawia się dreszczyk a w sercu cicha modlitwa, Panie miej nas w opiece.
Po pewnym czasie udaje nam się zgubić, zostawić w tyle światła przyprawiające mnie o dreszcz emocji...
Późnym wieczorem docieramy. Nie widzę okolicy. Dostaję pokój przy klinice. Długa instrukcja jak korzystać z buszowej toalety, jak reagować na zwierzęta mieszkające czy odwiedzające mnie w pokoju, kolacja i spać.
Pierwszy dzień w buszu... a właściwie noc!
Ps. To początek historii z serii "Buszując po Afryce". Jestem taka radosna i dumna, ze docieram do miejsc gdzie nie trafiają turyści. W końcu poznaję prawdziwą Afrykę. Ciąg dalszy nastąpi. Teraz idę spać bo atakuje mnie jakaś mucha. Mam tylko nadzieję że to nie ta Tse Tse.
Gona Bwino - nyanja - sleep well!!!
Na noc zatrzymałam się u jednej z polskich misjonarek Świętej Rodziny s. Asceliny. Siostra jest mistrzynią nowicjatu i właśnie pracuje z młodymi kenijskimi dziewczętami, które odkrywają swoje powołanie. Oprócz przesympatycznych rozmów jakie mnie tam spotkały i miłej atmosfery udało mi się także polukrować przepyszne rogaliki, które dostaliśmy potem na drogę. Tego samego dnia poznałam także jednego z najbardziej znanych polskich misjonarzy w Zambii księdza MArcela. O księdzu Marcelim słyszałam już w Polsce i bardzo chciałam go poznać. Wydawało się to zupełnie niemożliwe, bo pracuje On w dalekim buszu, w miejscu do którego bardzo trudno dojechać - a do którego też dotarłam ale o tym później (gdzie diabeł nie dotrze, tam mnie pośle). Ojciec Marcel pracuje w Zambii już ponad 40 lat. Przez pewien czas pracował z kard. Kozłowieckim właśnie w Chingombe. Jego praca polega głównie na wizytowaniu i głoszeniu Ewangelii na stacjach dojazdowych. Zatem wszyscy się śmieją, że jest on ciągle w drodze a jego domem jest samochód. Sam mówi o sobie bush-man, zatem co tu dużo dodać.
Następnego dnia zatem wyruszyliśmy z księdzem Marcelem. Naszym celem było Old Mukushi - w misji tej przebywał wtedy o. Paweł. A droga długa jest...Tak trochę nam zajęło pokonanie trasy (która normalnie zajmuje ok 4h). Nam właściwie zeszło prawie cały dzień. Dzięki ks. Marcelowi mogłam poznać trochę farmerskiego życia. Zorganizował małą wycieczkę po "osiedlu" farmerów. Farmerska kolęda pokazała dwa światy Afryki. Z jednej strony gliniane domki, które czasem nie przetrwają porządnego deszczu a z drugiej przepiękny dom na wzgórzu, samolot w garażu:)Społeczność farmerską charakteryzuje wielonarodowość. Można się pogubić. matka Filipinka, ojciec Grek. Kim zatem jest dziecko?
Poznaję kilka rodzin i widzę jak ksiądz Marcel jest im bliski, jak witają go serdecznie i z uśmiechem, częstują...oczywiście ulubionym napojem bush-mena jest coca cola! W tych domach jest wiele ciepła i życzliwości.
Prawie trzy godziny spędzam w warsztacie gdzie misjonarz reperuje naszą (chyba "100 letnią":))brykę. Potem wjeżdżamy w pola kukurydzy. Obraz jak z filmów, które nieraz oglądałam, wysoka, kilkumetrowa amatawa i wykoszona wśród niej droga. Pochłaniam oczami te obrazy. Słońce powoli gasi swój blask. Oczywiście nie brakuje misyjnych opowieści, "obgadywania" wspólnych znajomych, zaspokajania ciekawości ze strony księdza i odwrotnie.
Jest już zupełnie ciemno, przy drodze żadnych chat, zupełne pustkowie. Podziwiam krzyż południa, który wskazuje drogę i chłonę rześkie, wieczorne powietrze. Dobry czas i miejsce na krwawą historię. Ksiądz Marcel opowiada jak kilka lat temu jadąc z dwiema wolontariuszkami zostali napadnięci. Napastnicy strzelają, kula przelatuje pod siedzeniem misjonarza, który każe uciekać dziewczynom w busz. One jednak nie pozostawiają księdza samego. Wydarzenie jednak kończy się szczęśliwie, nikomu nic nie jest z wyjątkiem wielkiego strachu. Szajka zostaje po jakimś czasie złapana przez ludzi z wioski.
Nagle za nami pojawia się samochód. Widać tylko światła. Ksiądz MArcel przyspiesza, tłumacząc że nie chce by ten wyprzedził go, bo potem kurzy. Nie poruszamy tematu ale wydaje mi się, że chodzi o zupełnie coś innego. Wielkie pustkowie, nieznane auto za nami, niewiadome kto i w jakim celu. A podejrzane jest że samochód jedzie o tak późnej porze i to w tej części buszu. Na mojej skórze pojawia się dreszczyk a w sercu cicha modlitwa, Panie miej nas w opiece.
Po pewnym czasie udaje nam się zgubić, zostawić w tyle światła przyprawiające mnie o dreszcz emocji...
Późnym wieczorem docieramy. Nie widzę okolicy. Dostaję pokój przy klinice. Długa instrukcja jak korzystać z buszowej toalety, jak reagować na zwierzęta mieszkające czy odwiedzające mnie w pokoju, kolacja i spać.
Pierwszy dzień w buszu... a właściwie noc!
Ps. To początek historii z serii "Buszując po Afryce". Jestem taka radosna i dumna, ze docieram do miejsc gdzie nie trafiają turyści. W końcu poznaję prawdziwą Afrykę. Ciąg dalszy nastąpi. Teraz idę spać bo atakuje mnie jakaś mucha. Mam tylko nadzieję że to nie ta Tse Tse.
Gona Bwino - nyanja - sleep well!!!
czwartek, 15 kwietnia 2010
Wakacje
Wszystkim tym, którzy zastanawiają sie gdzie jestem oświadczam, ze mam wakacje!!!!! To oznacza że odpoczywam, od komputera też:)
Święta spędziłam w buszu, bez prądu, wody bieżącej (za to codziennie przynoszonej w balii przez Afrykanki), gotując na ogniu w insace (właściwie to pomagając, bo zazwyczaj gotował o. Paweł). Teraz wylądowałam jeszcze dalej. Odkryłam że Zambia ma przepiękne góry. Podziwiam zatem widoki w okolicach Chingombe, gdzie znajduje się prawie 100 letnia misja, na której pracuje 3 księży Polaków.
"Chingombe to wioska afrykańska w środkowej Zambii, położona w dolinie Luano, około 400 km na północny wschód od stolicy kraju, Lusaki. W 1914 roku dotarli tu bracia Jezuici i wybrali to niezwykłe miejsce na Misję. Dokonali wówczas rzeczy, które nawet dziś wydają się prawie niemożliwe do zrealizowania. W głębi afrykańskiego buszu stanęła okazała świątynia, budynki gospodarcze oraz konwent sióstr. Od 1973 r. misją opiekuje się ks. Marceli Prawica, a od 7 lat pomaga mu misjonarz z archidiecezji katowickiej ks. Piotr Kołcz.
Misja w Chingombe jest wyjątkowa ze względu na bardzo trudne warunki bytowe. Odwiedziny u ks. Marcelego i ks. Piotra wiążą się z siedmiogodzinną wyprawą przez góry, drogą przejezdną wyłącznie dla samochodu terenowego i to nie o każdej porze roku. Najbliższy sklep oddalony jest około 200 km od wioski. A dzięki niedawno odnowionej elektrowni wodnej w Chingombe jest prąd.
W wiosce mieszka prawie 3000 ludzi. Ludzie miejscowi posługują się językiem cibemba, ale należą do szczepu lala, który już nie używa swojego języka. Są ludźmi bardzo ubogimi, nawet na tle biednej Zambii. Odległość od najbliższego miasta (220 km.) powoduje, że kontakt ze światem oraz transport czegokolwiek jest trudny i kosztowny. Żyją z rolnictwa i rybołówstwa, ale jest to w dużej większości przeznaczane tylko do własnego spożycia, nie na sprzedaż." (http://wojtek.projekty.pl/chingombe/)
Dla ciekawych dodam że nie rosną tu cytrusy, bo małpy je zjadają oraz nie hoduje się tu zwierząt ze względu na występującą, bardzo niebezpieczną muchę tse tse.
Małpy już widziałam, muchy nie mam zamiaru oglądać:)
Trudno stąd wyjechać....nie tylko dlatego, że transport jest wtedy kiedy ktoś jedzie do miasta (najbliższe ok 9h jazdy autem) ale też dlatego, że można sie tu ukryć przed swoimi demonami, smutkami, cywilizacją - nie ma sieci komórkowej ale jest internet i to prosto z Włoch:) Przede wszystkim jest tu dużo spokoju, ciszy i uśmiechów wkoło.
Więcej jak tylko znajdę czas by usiąść przed kompem, chociaż przyznam szczerze że wcale nie mam ochoty.
Tak więc czekajcie cierpliwie na opowieści z serii "Buszując po Zambii".
Święta spędziłam w buszu, bez prądu, wody bieżącej (za to codziennie przynoszonej w balii przez Afrykanki), gotując na ogniu w insace (właściwie to pomagając, bo zazwyczaj gotował o. Paweł). Teraz wylądowałam jeszcze dalej. Odkryłam że Zambia ma przepiękne góry. Podziwiam zatem widoki w okolicach Chingombe, gdzie znajduje się prawie 100 letnia misja, na której pracuje 3 księży Polaków.
"Chingombe to wioska afrykańska w środkowej Zambii, położona w dolinie Luano, około 400 km na północny wschód od stolicy kraju, Lusaki. W 1914 roku dotarli tu bracia Jezuici i wybrali to niezwykłe miejsce na Misję. Dokonali wówczas rzeczy, które nawet dziś wydają się prawie niemożliwe do zrealizowania. W głębi afrykańskiego buszu stanęła okazała świątynia, budynki gospodarcze oraz konwent sióstr. Od 1973 r. misją opiekuje się ks. Marceli Prawica, a od 7 lat pomaga mu misjonarz z archidiecezji katowickiej ks. Piotr Kołcz.
Misja w Chingombe jest wyjątkowa ze względu na bardzo trudne warunki bytowe. Odwiedziny u ks. Marcelego i ks. Piotra wiążą się z siedmiogodzinną wyprawą przez góry, drogą przejezdną wyłącznie dla samochodu terenowego i to nie o każdej porze roku. Najbliższy sklep oddalony jest około 200 km od wioski. A dzięki niedawno odnowionej elektrowni wodnej w Chingombe jest prąd.
W wiosce mieszka prawie 3000 ludzi. Ludzie miejscowi posługują się językiem cibemba, ale należą do szczepu lala, który już nie używa swojego języka. Są ludźmi bardzo ubogimi, nawet na tle biednej Zambii. Odległość od najbliższego miasta (220 km.) powoduje, że kontakt ze światem oraz transport czegokolwiek jest trudny i kosztowny. Żyją z rolnictwa i rybołówstwa, ale jest to w dużej większości przeznaczane tylko do własnego spożycia, nie na sprzedaż." (http://wojtek.projekty.pl/chingombe/)
Dla ciekawych dodam że nie rosną tu cytrusy, bo małpy je zjadają oraz nie hoduje się tu zwierząt ze względu na występującą, bardzo niebezpieczną muchę tse tse.
Małpy już widziałam, muchy nie mam zamiaru oglądać:)
Trudno stąd wyjechać....nie tylko dlatego, że transport jest wtedy kiedy ktoś jedzie do miasta (najbliższe ok 9h jazdy autem) ale też dlatego, że można sie tu ukryć przed swoimi demonami, smutkami, cywilizacją - nie ma sieci komórkowej ale jest internet i to prosto z Włoch:) Przede wszystkim jest tu dużo spokoju, ciszy i uśmiechów wkoło.
Więcej jak tylko znajdę czas by usiąść przed kompem, chociaż przyznam szczerze że wcale nie mam ochoty.
Tak więc czekajcie cierpliwie na opowieści z serii "Buszując po Zambii".
czwartek, 25 marca 2010
Wizytacja
Ach jaka cisza, jaki spokój. Wszystko wraca do normalnego rytmu. Miało być, co prawda o dawaniu dobra, ale to będzie specjalne wydanie postu w związku z wizytą władz warszawskiego Ośrodka misyjnego w Zambii a konkretnie w Mansie – choć trochę czasu już minęło, ale rozumiecie trzeba było ochłonąć.
1. Oczekiwanie
Już od dawna ptaszki ćwierkały i węże syczały, że podobno ksiądz Roman przylatuje do Afryki. Nikt jednak do ostatniej chwili nie wiedział, w jakim celu i jaki jest konkretnie plan wizytacji. Czekała nas, zatem niespodzianka. Kilka dni przed wylotem przyszedł mail z ośrodka, czy coś nie potrzebujemy, bo ksiądz dyrektor wybiera się do nas. Oczywiście pojawiła się cała lista potrzebnych rzeczy, z których należało wybrać te najbardziej przydatne. Jeżeli chodzi o mnie to był to kisiel, taśma klejąca i trochę kleju, wcale nie do wąchania tylko do pracy z dzieciakami.
2. Przywitanie
Pierwsze dni Rodacy – ksiądz Roman i ks. Marek spędzili w Zimbabwe. Nie bardzo chcieli opowiadać o tej wizycie, więc domniemamy, że świetnie tam się bawili.:) Potem czas z dziewczynkami (Basieńką i Madzią) w City of Hope i przyjazd do Mansy. Ach, jaka była radość, kiedy siostra przekazała nam, że dziewczyny też przyjeżdżają!!! Była okazja posprzątać pokój gościnny Misjonarz to człowiek szalony, zatem należało odpowiednio przygotować się na powitanie gości w Mansie. Wypieki zajęły jakieś dwa dni, ale warto było, gdyż pierwszy raz w życiu wyszedł mi taki dobry biszkopt. Zakupy, pranie, sprzątanie i to wszystko z radością i niecierpliwością na spotkanie z naszymi Ziomalami. Kiedy zastanawiałam się, co jeszcze szalonego wypadałoby zrobić Duch Święty przyszedł z pomocą myślom a Ewa wykonaniu pomysłu. Możecie sami podziwiać na zdjęciu. W końcu udało nam się zostać 100% Afrykankami. Na reszcie upragniony brązowy kolor skóry i już nikt nie ma prawa mówić Muzungu!!! Goscie zostali przywitani przez dwie bardzo sympatyczne Afrykanki, a ksiądz Roman przeszedł pomyślnie chrzest misyjny zjadając ze smakiem i kwaśną miną katapilar. Nawet nasze dzieciaki były zaskoczone i rozbawione widząc nas czarne.
3. Dzielenie się
Czasu było niewiele a planów mnóstwo. W niedzielę visitors uczestniczyli w Mszach Świętych a potem zostali wywiezieni do buszu. Tam czekało ich gorące przywitanie. Z wypowiedzi wynikało, ze to był najbardziej wzruszający punkt wizytacji w Afryce, wizyta na jednej ze stacji misyjnych w okolicach Mansy. Ksiądz Roman w podzięce za pomoc w budowie kościoła na tejże stacji otrzymał dwie kury. Zastanawiam się tylko czy kury dotarły do Somu. Ksiądz Roman wracał zaraz na spotkanie wolontariuszy w Warszawie, zatem muszę zrobić wywiad czy na obiad w niedzielę był kurczak. Po powrocie z buszu i krótkim odpoczynku w końcu znalazł się czas dla nas, wolontariuszy. Była okazja poplotkować, co w Polsce, co u innych, „wyspowiadać się z grzechów i wypadków przy pracy”. Wieczorem bardzo wesoła kolacja u sióstr. Jedna z nich miała urodziny i uczciliśmy to pysznym jedzonkiem oraz śpiewami polskimi. Ksiądz Dyrektor akompaniował na gitarze a brat Stefan nieśmiało ruszał bioderkami w rytm muzyki.
4. Dzień Kobiet
Nie było gerberów ani goździków, ale za to była Msza Święta po polsku i czekoladki. Nasi „Muszkieterowie” – tak nazwałyśmy księdza Marka, Romana i Zygę czekali już w drzwiach żeby złożyć nam życzenia. My trochę spóźnione (ok. 10 min). Na wstępie usłyszałyśmy – „Idą nasze Afrykanki”, ale potem było już bardzo sympatycznie. Ach, wzruszający dzień. Jeden z Muszkieterów odważył się nawet mnie podnieść i zakołować. Po Mszy Świętej śniadanko u naszych fatherów.
5. „Sen księdza Romana”
Ksiądz Roman jak przystało na prawdziwego kontynuatora Janka Bosko miał w Mansie sen. Śniło mu się wiele rzeczy, ale jedna szczególnie przykuła jego uwagę, a nawet przyprawiła o pewnie straty. Otóż głównym bohaterem snu był szczur, który zaatakował ks. Romana rzucając się niespodziewanie na Niego. Interpretując sen można by podejrzewać, że tym szczurem jest któryś z wolontariuszy, czając się i szukając okazji by dopaść i zatopić swe ząbki w ciele ks. Dyrektora. Tylko, który to wolontariusz….? Księże Romanie zalecam środki ostrożności.
6. Kolacja i pożegnanie
Miłą niespodzianką była kolacja z naszymi gośćmi. Głównym daniem była pizza. I przyznam musiała być całkiem niezła, bo nawet ksiądz Michał pochwalił, a to rzadkość Tym sposobem, pizzą i szalonym przywitaniem wpadłyśmy z Ewą na pierwsze miejsce w rankingu wolontariuszek
7. Kilka ważnych słów
Cała wizyta była bardzo ważna dla nas, mi jednak szczególnie zostały w głowie pewne słowa księdza Dyrektora, za które bardzo dziękuję. Dodały mi one otuchy i pozwoliły częściej się uśmiechać.
„Krzesło, stół da się naprawić, a człowieka da się przeprosić”. Ważna lekcja dla mnie.
Kochani z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę wam dużo radości. Ja tym razem wybieram się do buszu. Spędzę tam ok. 2 tyg, bez wody bieżącej, prądu, sieci komórkowej. W końcu zasmakuję prawdziwej Afryki!!!! Pracownicy śmiali się, że jak wrócę będę prawdziwą Afrykanką. Polecajcie tylko w modlitwach żeby moskity nie były za bardzo głodne.
Do usłyszenia w kwietniu.
sobota, 20 marca 2010
Małe tęsknoty
„Jak dzwon, który zaledwie tylko tknąć a już śpiewa…
Tak w nas głęboko skryte śpią…
Niewiadomo skąd zjawiają się, zakatarzone, wyproszą łzę…
Posiedzą podumają i jak gość nieproszony, nim się rozwidni znikną już…
Małe tęsknoty, krótkie tęsknoty, znaczące prawie tyle, co nic.
Nagłe i szybkie serca łopoty, kto by tam nie znał ich.”
Jest w Polsce, w Łowiczku ktoś, za kim najbardziej tęsknię na świecie. To mała dziewczynka, która charakterek odziedziczyła po cioci Kasi. Jest bardzo uparta i nie cierpi jak jej się coś rozkazuje. Za to bardzo lubi śpiewać i tańczyć, ma swoją przyjaciółkę, Beliskę, która kiedy ostatnio o niej słyszałam miała mały wypadek, wpadła pod ciężarówkę. Mam nadzieję, że Beliska ma się już zupełnie dobrze.
Ta mała o której teraz piszę jest bardzo mądrą dziewczynką, choć czasem trochę niegrzeczną.
Ta mała dziewczynka, która już pewnie nieźle urosła to Roksanka.
Roksanko, czasem kiedy jest mi bardzo smutno i kiedy moje serduszko chciałoby Cię uściskać patrzę na Twoje zdjęcie, które kiedyś wrzuciłaś mi do plecaka jak wracałam do Olsztyna. Oglądam też inne zdjęcia, te na których jesteś malutka jak kurczaczek, albo te na śniegu i z kucykiem i nie mogę się nadziwić jak szybko urosłaś. Nie mogę się napatrzeć jaka z Ciebie śliczna dziewczynka. I ta dziewczynka skończyła niedawno 4 lata. Bardzo mi smutno, że w tym roku nie byłam na Twoich urodzinkach, ale jak wrócę to upieczemy tort i zdmuchniesz świeczki jeszcze raz!!!! Przepraszam, że zapomniałam o twoich urodzinach. Czas tutaj tak szybko leci, że całkiem wyleciało mi z głowy, że już marzec. Tym bardziej, że mamy tu ciągle lato.
Przesyłam Ci zatem, spóźnione ale bardzo słoneczne życzenia, żebyś była zdrowa i każdego dnia uśmiechała się i żebyś była grzeczna i miła dla wszystkich. I żebyś troszczyła się o swojego Aniołka Stróża, a on o ciebie.
Ciekawa jestem, jakie dostałaś prezenty. Jak zadzwonisz następnym razem to musisz mi powiedzieć co dostałaś.
Kocham Cię bardzo Roksanucha – Klucha.
Teraz powinnam usłyszeć ja Ciebie – Ciotka Klotka.
PS. „Doszła paczuszka” z Polski, z Łowiczka. Dziękuję za wszystko. Szczególnie cioteczce Jadzi za rzeczy dla dzieciaków Moim rodzicom za lekarstwa dla braciszka Stefcia. W paczce na Boże Narodzenie rozlał się Wanish więc czekoladki miały bardzo ciekawy posmak. Tym razem rozlała się farba i ciasteczka domowej roboty mojej mamusi też mają ciekawy smak No cóż święta w Afryce smakują zupełnie inaczej.
Wszystko dotarło bez problemu i tym razem przed świętami. Roksanko dziękuję za obrazki, są śliczne.
Ja wysłałam kartki dopiero dziś, więc pewnie dotrą dopiero po świętach.
Buziaki za paczuszkę….Ps. Sandały są nie te co chciałam, ale przeżyje. Buziaki dla wszystkich…
czwartek, 4 marca 2010
"Zatrzymaj się, to życie ma sens"
Ach, wiem wiem, że mam ostatnio spore zaległości, ale od wszystkiego trzeba odpocząć. Poza tym zawsze można mieć ciężkie czasy, albo brak weny. W każdym razie optymizm wraca, wena też i uśmiechu na twarzy coraz więcej. Macie szczęście, że nie mam postanowienia wielkopostnego dotyczącego nie korzystania z netu czy pisania na blogu.
Schemat dzisiejszej relacji:
1. Co u mnie?
2. Co w wokół mnie?
3. Co we mnie?
4. Co poza mną?
Będzie to, zatem autorelacja Nie, nie spokojnie…
W przedszkolu ciągle coś się dzieje. Siostra Celeste zasugerowała przygotowanie jakiś dekoracji, żeby było kolorowo, więc ostatnimi czasy nie rozstawałam się z nożyczkami i kolorowym papierem. Efekt jednak jest zadowalający, przynajmniej dla nas: dzieciaków, nauczycieli i dla mnie. Poza tym wpadłam już w rytm życia przedszkolnego i codziennie staram się coś przygotować. Najlepiej idzie mi współpraca z teacher Winnie, jest bardzo dobrą nauczycielką i widać w niej pasję. Poza tym jest mamą mojego chłopaka, 5- miesięcznego Petera Zatem wypada się jakoś z teściową dogadywać. Ponieważ siostra Anet jest zabiegana, spędzam też część czasu w officie. Wprowadziliśmy też nowy zwyczaj. Mieliśmy problemy ze spóźnianiem się rodziców by odebrać dzieci. Teraz słono to kosztuje i tak wczoraj zarobiłam 30,000K – całkiem sporo jak na warunki afrykańskie. Współpraca z siostrą Anet idzie trochę lepiej, powoli się docieramy, chociaż nie obywa się bez małych przejść. Dostałam jednak dobre instrukcje z Polski jak radzić sobie z gniewem, nie łamiąc przy tym kolejnych mopów. Myślę też, że Siostrzyczce trochę przeszła duma i zauważyła, że niektóre z moich pomysłów nie są takie głupie i że chcę tylko by coś się działo, działało lepiej.
Z okazji zbliżających się świąt dzieciaki przygotowują teraz Koncert Wielkanocny dla rodziców i sąsiadującego przedszkola. Jest to niezwykle trudne, bo wszystko jest w języku angielskim, którego dopiero się uczą. Tym razem Ewa zajęła się edukacją muzyczną i przygotowuje tańce w dwóch grupach. Ja przygotowałam program i trenuję z dwoma grupami wiersze, piosenki. Odkrywam z każdym dniem, że praca w przedszkolu daje dużo satysfakcji, nawet jak w Polsce nie nazywają nas nauczycielami tylko przedszkolankami Dzieciaki będą chodziły jeszcze tylko miesiąc, bo potem są wakacje. Przed zakończeniem termu zostało mi jeszcze tylko przygotowanie testu dla najstarszej grupy, na który uparły się nauczycielki. Osobiście walczyłam przeciw testowaniu przedszkolaków, zwłaszcza przy tym systemie edukacji, udało mi się tylko przeforsować pewne praktyczne wskazówki, co do jego przygotowania. No, dobre i to…
Codziennie coś mnie zaskakuje. Ostatnio zaciekawiła mnie sprawa załatwiania potrzeb filozoficznych przez dzieci, a to ze względu na jednego z maluchów. Chłopak nie potrafi zrobić siusiu, więc każdego dnia po śniadaniu mamy lekcje. Idzie coraz lepiej, potrafi ściągać i podciągać ubrania, ale z najważniejszym…Ostatnio tak się „zamachnął”, że mało nie obsikał mi twarzy. Nie myślcie sobie zatem, że przez to siedzenie w biurze nabrałam nawyków dyrektorskich. Czasem wkurzam się, że wykonuję najgorszą robotę i tylko mi przeszkadzają rozwiązane buty, swetry podczas upałów czy zasmarkane nosy. Jednak w tych prostych i może nie najprzyjemniejszych czynnościach dostrzegam iskierki Bożej Łaski i sens pomocy tutaj. Bardzo raduje mnie, gdy mogę wejść na jakieś zastępstwo, spowodowane chorobą nauczycielki. Nie jest łatwo, bo dzieci mnie nie rozumieją i często są głośno, ale wtedy czerpię prawdziwą radość i satysfakcję z mojego zawodu. Być z dzieciakami, najlepsza terapia na smutki i trudności.
Wracając do spraw fizjologicznych to nie jest to takie proste. Przedszkolaki nie potrafią korzystać z toalety, boją się czasem dlatego, że na co dzień nie mają takich doświadczeń. Wychodzą zazwyczaj z domu i sikają gdzie akurat stoją, zatem część z naszych maluchów załatwia swoje potrzeby przed toaletą, na terenie przedszkola w trawce albo w klasie. Ważną, zatem do opanowania umiejętnością w najmłodszej grupie jest korzystanie z toalety i mycie rąk po niej.
Większość swojej energii eksploatuję w przedszkolu. W oratorium stawiam na wyciszenie, trenuję moich chłopaków w piłce nożnej. Gdyby mnie ktoś szukał to zazwyczaj gram gdzieś z chłopasami w piłkę. Potem praca w grupach i kolejny dzień z głowy. Ostatnio miałam problem z wysłaniem dzieci do domu. Wpadł mi niespodziewanie pewien pomysł do głowy by zorganizować konkurs. Celem było: kto pierwszy dotrze do domu. Oczywiście wyników nie poznałam, bo następnego dnia każdy mówił mi, że był pierwszy. Najbardziej rozbawiło mnie zaangażowanie dzieciaków i to, że dały się nabrać, bo na trzy cztery wszystkie ruszyły jak szalone. Niestety nie wiem, co było za bramą, czy nadal miały taki zapał czy spostrzegły się o co chodzi.
Wprowadziłyśmy z Ewą do naszego życia prawie kontemplacyjnego trochę rozrywek. W soboty, jeżeli jest ładna pogoda wybieramy się na spacer. Zabieramy liderów, albo asystentki (siostry mają teraz na 3 miesiące 4 asystentki, które rozeznają swoje powołanie, takie śmieszne dziewczyny…). W ostatnią sobotę przez przypadek, gubiąc drogę, znalazłyśmy kolejne piękne miejsce w Mansie. Doszły mnie słuchy, że gdzieś w pobliżu są też gorące źródła, więc to jest mój kolejny cel. W niedzielę natomiast trening. Do wybory siatkówka czy koszykówka, w zależności od kondycji i humoru. Mamy tutaj niezły skład. Ja i Prosper, jeden z nauczycieli w-efu to niezły team, przeciw nam Ewa, Evans (też nauczyciel) i czasem ktoś na dokładkę. Zawsze jest dużo śmiechu i właśnie o ten śmiech najbardziej chodzi w całej grze. Ostatniej niedzieli nasze chłopaki byli zmęczeni, więc zebrałam drużynę z Youth Center. To jest dopiero gra, w pewnym momencie zastanowiłam się czy ja gram w koszykówkę, czy jestem na ringu. O mało nie złamałam sobie nogi. Boża Opatrzność czuwała nade mną, bo wróciłam tylko cała mokra i z wytraconym palcem.
Wspólnie z Ewą zorganizowałyśmy też pierwszy afrykańsko-polski spisek. Wraz z przyjaciółmi Evansa przygotowałyśmy mu niespodziankę urodzinową. Był bardzo zaskoczony a spisek udało się ukryć do samego końca. Myślę, że była to kolejna okazja do obdarzenia kogoś swoją życzliwością, uśmiechem i podziękowania za miłe przyjęcie nas w Mansie.
Teraz trochę z kultury Afrykańskiej. Nadal zaskakuje mnie niezwykła umiejętność Afrykańczyków w celebrowaniu wszelkich meetingów – spotkań. Każdego dnia, popołudniu wokół kościoła widać różnorodne grupy ludzi, smakujących i rozkoszujących się wspólnym spotkaniem. Często obserwuję jak jeden za drugim podążają w umówione miejsce, zazwyczaj na ławki zrobione z kawałka deski pod drzewem. Mężczyźni, kobiety czasem z dzieckiem na plecach, pozdrawiają mnie serdecznie. Potem w zależności od celu spotkania słychać śpiewy chórów, albo czuć ducha modlitwy. Najzabawniejszy jest czwartek, kiedy wokół kościoła spotykają się 3 chóry jednocześnie. Gdy jest się w środku, nie wiadomo kogo słuchać, aż dziw bierze jak oni mogą śpiewać słysząc się wzajemnie. Zdarza się, że do tych chórów dołączam z moją Dominic Group i wtedy jesteśmy niepokonani i najgłośniejsi. Czasem zastanawiam się, czemu ludzie w Europie tak pędzą, czemu nie mamy czasu by zwyczajnie usiąść pod drzewkiem i pośpiewać, by przechodząc obok drugiej osoby uśmiechnąć się i pozdrowić ją. „Zatrzymaj się na chwilę, to życie ma sens”.
Jeżeli chodzi o kulturę to mam też bardzo niemiłe doświadczenia. Jak wiadomo w rodzinie Afrykańskiej zazwyczaj panuje patriarchat. Chłop jest panem. Często kobiety są wykorzystywane i zmuszane do różnych rzeczy, pisałam o tym trochę kiedyś. Nadal często w związkach są zdrady i podejrzenia o nie. Przejdę do rzeczy. Pewnego dnia idę do przedszkola a tam wiadomość, że jedna z nauczycielek jest chora. Potem przy śniadaniu dowiedziałam się, że ma jakiś problem z mężem. Małżeństwem są nie cały rok i mają jedno dziecko. Kilka dni później, gdy wróciła zaczęłyśmy rozmawiać o całym zdarzeniu. Pokazała mi ślady po pobiciu, podrapania, podbite oko. Wyjaśniła, że mąż zdenerwował się, bo wróciła do domu inną drogą niż zawsze i że zrobiła to by spotkać się z innym mężczyzną. Wyjaśniła mi też, że mąż jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany, ona zaś mała jak mróweczka i był to pierwszy raz. Powiedziała mu, że następnym razem bierze dziecko i wraca do rodziców. Pogadałyśmy sobie szczerze i widziałam w jej oczach smutek, żal, zawód, iż okazał się takim dupkiem. Och żeby tylko miała siły odejść, jeżeli dojdzie do następnego razu.
W Youth Center mamy teraz projekt dotyczący wykorzystywania dzieci do pracy. Najpierw zostali przeszkoleni nauczyciele i trenerzy projektu, a teraz oni uczą naszą młodzież. Pomysł sam w sobie ciekawy, dużo mówi się w nim o prawach ludzi. Młodzież już podłapała temat bo, jak mają posprzątać centrum po zabawach mówią, iż są wykorzystywane I masz ci babo placek! Nasza najstarsza grupa z oratorium ma warsztaty w ten weekend, więc pewnie po niedzieli też nic nie będą chcieli robić.
Co do pogody to czasem słońce czasem deszcz. Poranki i wieczory są dość chłodne, pomimo że to jeszcze nie pora zimna. Mam okazję wykorzystać mój golf, który przyodziewam codziennie na poranną Mszę Świętą. Chyba jestem jedyna w kościele w golfie, nie wiem co ja taki zmarzlak się zrobiłam w tej Afryce.
No cóż, chyba nadrobiłam już trochę zaległości.
Następnym tematem posta będzie „Czynienie dobra na misjach” , w jaki sposób jest ono dawane, jak jest przyjmowane i takie tam….To dzięki Agacikowi, która zadał mi to pytanie.
Mam tez pomysł na post – wywiad rzeka – chciałabym Was włączyć do tego, dlatego proszę przesyłajcie pytania, które się w nim znajdą.
Ściskam i pamiętam w modlitwie. O rany kolejny pierwszy piątek miesiąca, już niedługo święta. Mam marzenie spędzić je w głębokim buszu, ale zobaczymy.
Do napisania!!!!!
Schemat dzisiejszej relacji:
1. Co u mnie?
2. Co w wokół mnie?
3. Co we mnie?
4. Co poza mną?
Będzie to, zatem autorelacja Nie, nie spokojnie…
W przedszkolu ciągle coś się dzieje. Siostra Celeste zasugerowała przygotowanie jakiś dekoracji, żeby było kolorowo, więc ostatnimi czasy nie rozstawałam się z nożyczkami i kolorowym papierem. Efekt jednak jest zadowalający, przynajmniej dla nas: dzieciaków, nauczycieli i dla mnie. Poza tym wpadłam już w rytm życia przedszkolnego i codziennie staram się coś przygotować. Najlepiej idzie mi współpraca z teacher Winnie, jest bardzo dobrą nauczycielką i widać w niej pasję. Poza tym jest mamą mojego chłopaka, 5- miesięcznego Petera Zatem wypada się jakoś z teściową dogadywać. Ponieważ siostra Anet jest zabiegana, spędzam też część czasu w officie. Wprowadziliśmy też nowy zwyczaj. Mieliśmy problemy ze spóźnianiem się rodziców by odebrać dzieci. Teraz słono to kosztuje i tak wczoraj zarobiłam 30,000K – całkiem sporo jak na warunki afrykańskie. Współpraca z siostrą Anet idzie trochę lepiej, powoli się docieramy, chociaż nie obywa się bez małych przejść. Dostałam jednak dobre instrukcje z Polski jak radzić sobie z gniewem, nie łamiąc przy tym kolejnych mopów. Myślę też, że Siostrzyczce trochę przeszła duma i zauważyła, że niektóre z moich pomysłów nie są takie głupie i że chcę tylko by coś się działo, działało lepiej.
Z okazji zbliżających się świąt dzieciaki przygotowują teraz Koncert Wielkanocny dla rodziców i sąsiadującego przedszkola. Jest to niezwykle trudne, bo wszystko jest w języku angielskim, którego dopiero się uczą. Tym razem Ewa zajęła się edukacją muzyczną i przygotowuje tańce w dwóch grupach. Ja przygotowałam program i trenuję z dwoma grupami wiersze, piosenki. Odkrywam z każdym dniem, że praca w przedszkolu daje dużo satysfakcji, nawet jak w Polsce nie nazywają nas nauczycielami tylko przedszkolankami Dzieciaki będą chodziły jeszcze tylko miesiąc, bo potem są wakacje. Przed zakończeniem termu zostało mi jeszcze tylko przygotowanie testu dla najstarszej grupy, na który uparły się nauczycielki. Osobiście walczyłam przeciw testowaniu przedszkolaków, zwłaszcza przy tym systemie edukacji, udało mi się tylko przeforsować pewne praktyczne wskazówki, co do jego przygotowania. No, dobre i to…
Codziennie coś mnie zaskakuje. Ostatnio zaciekawiła mnie sprawa załatwiania potrzeb filozoficznych przez dzieci, a to ze względu na jednego z maluchów. Chłopak nie potrafi zrobić siusiu, więc każdego dnia po śniadaniu mamy lekcje. Idzie coraz lepiej, potrafi ściągać i podciągać ubrania, ale z najważniejszym…Ostatnio tak się „zamachnął”, że mało nie obsikał mi twarzy. Nie myślcie sobie zatem, że przez to siedzenie w biurze nabrałam nawyków dyrektorskich. Czasem wkurzam się, że wykonuję najgorszą robotę i tylko mi przeszkadzają rozwiązane buty, swetry podczas upałów czy zasmarkane nosy. Jednak w tych prostych i może nie najprzyjemniejszych czynnościach dostrzegam iskierki Bożej Łaski i sens pomocy tutaj. Bardzo raduje mnie, gdy mogę wejść na jakieś zastępstwo, spowodowane chorobą nauczycielki. Nie jest łatwo, bo dzieci mnie nie rozumieją i często są głośno, ale wtedy czerpię prawdziwą radość i satysfakcję z mojego zawodu. Być z dzieciakami, najlepsza terapia na smutki i trudności.
Wracając do spraw fizjologicznych to nie jest to takie proste. Przedszkolaki nie potrafią korzystać z toalety, boją się czasem dlatego, że na co dzień nie mają takich doświadczeń. Wychodzą zazwyczaj z domu i sikają gdzie akurat stoją, zatem część z naszych maluchów załatwia swoje potrzeby przed toaletą, na terenie przedszkola w trawce albo w klasie. Ważną, zatem do opanowania umiejętnością w najmłodszej grupie jest korzystanie z toalety i mycie rąk po niej.
Większość swojej energii eksploatuję w przedszkolu. W oratorium stawiam na wyciszenie, trenuję moich chłopaków w piłce nożnej. Gdyby mnie ktoś szukał to zazwyczaj gram gdzieś z chłopasami w piłkę. Potem praca w grupach i kolejny dzień z głowy. Ostatnio miałam problem z wysłaniem dzieci do domu. Wpadł mi niespodziewanie pewien pomysł do głowy by zorganizować konkurs. Celem było: kto pierwszy dotrze do domu. Oczywiście wyników nie poznałam, bo następnego dnia każdy mówił mi, że był pierwszy. Najbardziej rozbawiło mnie zaangażowanie dzieciaków i to, że dały się nabrać, bo na trzy cztery wszystkie ruszyły jak szalone. Niestety nie wiem, co było za bramą, czy nadal miały taki zapał czy spostrzegły się o co chodzi.
Wprowadziłyśmy z Ewą do naszego życia prawie kontemplacyjnego trochę rozrywek. W soboty, jeżeli jest ładna pogoda wybieramy się na spacer. Zabieramy liderów, albo asystentki (siostry mają teraz na 3 miesiące 4 asystentki, które rozeznają swoje powołanie, takie śmieszne dziewczyny…). W ostatnią sobotę przez przypadek, gubiąc drogę, znalazłyśmy kolejne piękne miejsce w Mansie. Doszły mnie słuchy, że gdzieś w pobliżu są też gorące źródła, więc to jest mój kolejny cel. W niedzielę natomiast trening. Do wybory siatkówka czy koszykówka, w zależności od kondycji i humoru. Mamy tutaj niezły skład. Ja i Prosper, jeden z nauczycieli w-efu to niezły team, przeciw nam Ewa, Evans (też nauczyciel) i czasem ktoś na dokładkę. Zawsze jest dużo śmiechu i właśnie o ten śmiech najbardziej chodzi w całej grze. Ostatniej niedzieli nasze chłopaki byli zmęczeni, więc zebrałam drużynę z Youth Center. To jest dopiero gra, w pewnym momencie zastanowiłam się czy ja gram w koszykówkę, czy jestem na ringu. O mało nie złamałam sobie nogi. Boża Opatrzność czuwała nade mną, bo wróciłam tylko cała mokra i z wytraconym palcem.
Wspólnie z Ewą zorganizowałyśmy też pierwszy afrykańsko-polski spisek. Wraz z przyjaciółmi Evansa przygotowałyśmy mu niespodziankę urodzinową. Był bardzo zaskoczony a spisek udało się ukryć do samego końca. Myślę, że była to kolejna okazja do obdarzenia kogoś swoją życzliwością, uśmiechem i podziękowania za miłe przyjęcie nas w Mansie.
Teraz trochę z kultury Afrykańskiej. Nadal zaskakuje mnie niezwykła umiejętność Afrykańczyków w celebrowaniu wszelkich meetingów – spotkań. Każdego dnia, popołudniu wokół kościoła widać różnorodne grupy ludzi, smakujących i rozkoszujących się wspólnym spotkaniem. Często obserwuję jak jeden za drugim podążają w umówione miejsce, zazwyczaj na ławki zrobione z kawałka deski pod drzewem. Mężczyźni, kobiety czasem z dzieckiem na plecach, pozdrawiają mnie serdecznie. Potem w zależności od celu spotkania słychać śpiewy chórów, albo czuć ducha modlitwy. Najzabawniejszy jest czwartek, kiedy wokół kościoła spotykają się 3 chóry jednocześnie. Gdy jest się w środku, nie wiadomo kogo słuchać, aż dziw bierze jak oni mogą śpiewać słysząc się wzajemnie. Zdarza się, że do tych chórów dołączam z moją Dominic Group i wtedy jesteśmy niepokonani i najgłośniejsi. Czasem zastanawiam się, czemu ludzie w Europie tak pędzą, czemu nie mamy czasu by zwyczajnie usiąść pod drzewkiem i pośpiewać, by przechodząc obok drugiej osoby uśmiechnąć się i pozdrowić ją. „Zatrzymaj się na chwilę, to życie ma sens”.
Jeżeli chodzi o kulturę to mam też bardzo niemiłe doświadczenia. Jak wiadomo w rodzinie Afrykańskiej zazwyczaj panuje patriarchat. Chłop jest panem. Często kobiety są wykorzystywane i zmuszane do różnych rzeczy, pisałam o tym trochę kiedyś. Nadal często w związkach są zdrady i podejrzenia o nie. Przejdę do rzeczy. Pewnego dnia idę do przedszkola a tam wiadomość, że jedna z nauczycielek jest chora. Potem przy śniadaniu dowiedziałam się, że ma jakiś problem z mężem. Małżeństwem są nie cały rok i mają jedno dziecko. Kilka dni później, gdy wróciła zaczęłyśmy rozmawiać o całym zdarzeniu. Pokazała mi ślady po pobiciu, podrapania, podbite oko. Wyjaśniła, że mąż zdenerwował się, bo wróciła do domu inną drogą niż zawsze i że zrobiła to by spotkać się z innym mężczyzną. Wyjaśniła mi też, że mąż jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany, ona zaś mała jak mróweczka i był to pierwszy raz. Powiedziała mu, że następnym razem bierze dziecko i wraca do rodziców. Pogadałyśmy sobie szczerze i widziałam w jej oczach smutek, żal, zawód, iż okazał się takim dupkiem. Och żeby tylko miała siły odejść, jeżeli dojdzie do następnego razu.
W Youth Center mamy teraz projekt dotyczący wykorzystywania dzieci do pracy. Najpierw zostali przeszkoleni nauczyciele i trenerzy projektu, a teraz oni uczą naszą młodzież. Pomysł sam w sobie ciekawy, dużo mówi się w nim o prawach ludzi. Młodzież już podłapała temat bo, jak mają posprzątać centrum po zabawach mówią, iż są wykorzystywane I masz ci babo placek! Nasza najstarsza grupa z oratorium ma warsztaty w ten weekend, więc pewnie po niedzieli też nic nie będą chcieli robić.
Co do pogody to czasem słońce czasem deszcz. Poranki i wieczory są dość chłodne, pomimo że to jeszcze nie pora zimna. Mam okazję wykorzystać mój golf, który przyodziewam codziennie na poranną Mszę Świętą. Chyba jestem jedyna w kościele w golfie, nie wiem co ja taki zmarzlak się zrobiłam w tej Afryce.
No cóż, chyba nadrobiłam już trochę zaległości.
Następnym tematem posta będzie „Czynienie dobra na misjach” , w jaki sposób jest ono dawane, jak jest przyjmowane i takie tam….To dzięki Agacikowi, która zadał mi to pytanie.
Mam tez pomysł na post – wywiad rzeka – chciałabym Was włączyć do tego, dlatego proszę przesyłajcie pytania, które się w nim znajdą.
Ściskam i pamiętam w modlitwie. O rany kolejny pierwszy piątek miesiąca, już niedługo święta. Mam marzenie spędzić je w głębokim buszu, ale zobaczymy.
Do napisania!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


