-O której przyjedzie autobus - to pytanie zadawane jest zawsze na stacji przez białych ludzi, którzy czekają na notorycznie spóźniające się PKsy.
- Bus is coming!! - odpowiadają wszyscy pracownicy.
Dzisiaj doświadczyłam co znaczy czekać na autobus. W niedzielę w drodze do Kabwe kupiłam od razu bilet na wtorek do Chingoli, żeby być pewną że będę miała miejsce. Wszystko poszło ładnie, bez problemu sprzedano mi wejściówkę. Wymieniliśmy się nawet numerami telefonów z pracownikiem firmy i ustaliliśmy że autobus będzie ok. 14.
We wtorek rano, ku mojemu zdziwieniu Jeff zadzwonił powiedzieć że wszystko ok i że tak jak ustalaliśmy będzie ok 14. Do południa udało mi się jeszcze zobaczyć kilka miejsc w Kabwe (m.in. bardzo ciężkie więzienie), poznać pozostałych współbraci o. Pawła i zjeść szybko lunch by zdążyć na autobus.
Chwilę po 14, kiedy z o. Pawłem "rozkoszowaliśmy" się hałasem i brudem stacji Pks Jeff zadzwonił kolejny raz, że mają opóźnienie ok 1,5h. wszystko jednak było oczywiste więc nie przejmowałam się tym zbytnio. ok 15.55 podjechał autobus tejże firmy u której ja wykupiłam bilet. Zapytałam czy jadą do Chingoli, ale okazało się że jadą tylko do Kitwe (stacja przed moim miejscem przeznaczenia). Wszystko jednak było bardzo podejrzane. zadzwoniłam zatem do przyjaciela Jeffa i zapytałam co jest grane, a on mi odpowiedział żebym się nie ruszała, autobus jest w drodze, mam czekać. No to siedzieliśmy z o.Pawłem do 17. Próbowałam się skontaktować z Jeffem ale jego, zresztą Pksu też,ani było widu, ani słychu. Po 3 min. naradzie zdecydowaliśmy wrócić do domu - ku zdziwieniu proboszcza (pochodzi z Ghany). Kiedy zapytał co się stało oznajmiłam Mu grzecznie, że ma szczęście iż nie jest Zambijczykiem bo gotowa jestem zabić pierwszego lepszego, jaki pojawi się na mojej drodze.
Pełna emocji postanowiłam, że następnego dnia wyruszam do Lusaki i próbuję odebrać moje ciężko zarobione kwacha tym oszustom!!!!
Kiedy uspokojona zajęłam się kolacją zadzwonił telefon. ku mojemu zdziwieniu był to Jeff. Spokojnie i grzeczne zapytał "Gdzie jestem? Przecież miałam czekać na stacji!!!
o zgrozo!!!! Spokojnym głosem odpowiedziałam grzecznie, że czekałam jakieś 4 godziny i nawet próbowałam się skontaktować ale ...i że chyba jest nienormalny, myśląc iż będę jechała teraz po nocy z nie wiadomo kim i czym!!!!!
Ustaliliśmy zatem, że jutro kiedy on będzie wracał spotkamy się w Kabwe i on odda mi pieniądze.
No to zobaczymy!!!!!
ach uwielbiam ten zambijski publiczny transport. Nigdy nie wiesz co może cię spotkać. Nadal jednak kultywuję moje motto "Take it easy"!!!!!
wtorek, 10 sierpnia 2010
niedziela, 8 sierpnia 2010
Skleroza...
Kochani, napisałam ostatnio kilka słów co u mnie ale zapomniałam wziąć teks ze sobą z Mansy. Jak tylko do mnie dotrze wrzucę na bloga a tym czasem piszę do Was z Kabwe. Wsadziłam dziś Ewę w samolot (krzyczała i opierała się, lecz mimo tego że nabrała trochę ciała udało mi się ją wepchnąć w ostatniej chwili:); a sama ruszyłam w ostatnią podróż po Zambii by pożegnać przyjaciół. Właśnie goszczę u SVD, zatem żegnam sie z o. Pawłem. Potem w planach Chingola i ostatni etap - dotarcie do wodospadu Kalambo (drugi, najwyższy jednostopniowy wodospad w Afryce) oraz jezioro Tanganika. Potem już tylko Polska.
Olsztyniacy - Napiszcie kilka słów jak po Albanii?
Ściskam wszystkich bardzo gorąco......
Olsztyniacy - Napiszcie kilka słów jak po Albanii?
Ściskam wszystkich bardzo gorąco......
niedziela, 18 lipca 2010
"W czasie kazan dzieci sie nudza..."
Chisenga – wyspa na rzece Luapula, dzicz…, bez stałego prądu, tylko Ci, którzy mają baterie słoneczne są szczęściarzami. Realizując mój plan – zostania świętą, która umrze w buszu, tam spędziłam niedawno dłuższy weekend. Razem z Ewą wprosiłyśmy się na wyprawę misyjną księdza Andrzeja Daniluka. Wyspa jest jedną ze stacji misyjnych parafii Kazembe, do których misjonarz dociera czasem tylko raz w roku. Ostatnio wyspiarze gościli księdza na Boże Narodzenie. Sam Salezjanin opowiada o tym miejscu z wielkim zapałem i miłością. Uwielbia spędzać tam czas, co można wyczytać z jego opowieści i uśmiechu towarzyszącego im.
Aby dostać się na wyspę należy najpierw pokonać 3 godzinną trasę – łódką (czas jest uzależniony od załogi pokładu, jeżeli są to ministranci księdza Andrzeja to trasę można pokonać nawet w 2 godzinki). Sama droga wodna to przepiękne szuwary, wycięty i oczyszczony z zarośli kanał rzeczny. Dokoła aleje papirusów i wrzosowych lilii wodnych. Są jednak też miejsca, które przyprawiają na chwilę o dreszczyk. Pływające czarne skupiska ziemi, kopce, w których mogą czaić się węże, bardzo niebezpieczne, podobno rozmiarów anakondy, atakujące intruzów pojawiających się na ich terenie (w drodze powrotnej o zgrozo ugrzęźliśmy na dłuższą chwilę wśród takich kopców).
Na wyspie są trzy główne wioski. Pierwsze dwa dni spędziliśmy w wiosce, której nazwy oczywiście nie pamiętam. Przywitano nas z radością. Zwłaszcza uśmiechnięte buzie dzieciaków i starszych wioski zapewniały, że jesteśmy tu mile widziane. Myślę, że długo nie widziano tu białych kobiet. Niektóre z dzieci, tych mniejszych reagowały płaczem na białasów. Większość nazywała nas siostrami. Ciekawe, co sobie myśleli, kiedy siostra Kasia zakładła spodnie albo krótkie spodenki. W każdym razie za dużo nie prostowałyśmy, że do święceń nam się nie spieszy Pierwsze moje marzenie się spełnia. Kąpiel w prysznicu i to z cieplutką wodą. Zaraz po przyjeździe zostajemy zaproszone do odświeżenia się. Za słomianymi matami czekały dwie balie cieplutkiej wody, mydło. W tym czasie ksiądz Andrzej siedział jak prawdziwy chif na krześle otoczony wiernymi. Po krótkim przywitaniu czas na jedzonko. Pierwszego dnia ugoszczono nas pyszną rybką, świeżą, smażoną w sosie z pomidorami, ubwali i oczywiście liście. Celebrujemy każdy kawałek „owoców rzeki”. Dawno nie jadłam tak pysznej ryby. Zmęczenie daje znać, ale o spaniu nie ma co myśleć. Po godzinie leżakowania (za oknem krzyki dzieciaków) przyszła kolejna delegacja mieszkańców przywitać się i zapraszając nas na zewnątrz. Chciałoby się odpocząć trochę od ludzi, ale nie wypada, oni tak bardzo się cieszą z wizyty. Mam wrażenie, że dzieciaków przybyło…No to sobie odpoczęłam…Ewa z wielkim zapałem zebrała sporą grupę chętnych do zabawy. Była okazja przypomnieć sobie wszystkie piosenki, gry jakie znamy z oratorium. Słodaski bardzo szybko uczyły się piosenek i były zaskoczone kiedy śpiewałyśmy coś w cibemba. Wieczór zaczęłyśmy kolacją – pysznym wiejskim kurczakiem. Pomimo, że czasem był on twardy (kiedyś jeden z Zambijczyków podjął sam temat, czemu kurczak przyrządzony przez musungu jest miękki a przez Zambijkę twardy? Doszliśmy do wniosku, że zazwyczaj Zambijczycy są tak głodni, że nie czekają, dłużej aż mięso się ugotuje), smakował zupełnie inaczej niż ten z Shopritu. Nasz był średnio krwisty, udało się jednak go porozrywać – oczywiście nikt tu nie pyta o sztućce. My dwie jedzące kolację a na zewnątrz cała gromada głodnych brzuchów, no ale nie wypada odmówić, trzeba szanować tradycje i nawet jak się nie jest głodnym zjeść. Po kolacji usiadłyśmy przed chatą. Obserwowałam schodzących się parafian. Wszyscy z wielkim uśmiechem witają ponownie. Jest to czas na śpiewy chóralne. Na moje nieszczęście były to same smęty, które jeszcze bardziej utulały do snu. Ewa padła pierwsza. Potem ksiądz Andrzej. Kiedy proboszcz udał się na spoczynek katechista rozgonił wszystkich do domu. Pozostało tylko umyć się w miseczce wody i pomodlić o same najedzone moskity. To, co najbardziej lubię w buszu to, że chodzi się szybko spać. Brak prądu powoduje, że zazwyczaj o 20, 21 wioska utula się do snu. No chyba, że jest w okolicy jakiś bar.
Nie inkulturyzowałyśmy się za bardzo (Zambijczycy wcześnie wstają, zwłaszcza kobiety) i jak prawdziwe leniwe musungu spałyśmy do 8.00. Już dawno nie pozwalałam sobie na tak długi sen. Śmiałyśmy się do ks. Andrzeja, że tak tu się rozleniwimy i w Mansie trzeba będzie użyć dźwig by ściągać nas z łóżek. Taki tu zwyczaj, że wodę do kąpieli przynoszą nam rano (poprzednim razem w buszu też tak było). Dla mnie to pewien dyskomfort, bo po całym dniu trudno jest zasnąć brudną i zakurzoną. Dzień na wyspie zaczynał się zatem kąpielą w buszowym prysznicu, z balią cieplutkiej wody. Potem śniadanie – gotowany ryż z pomidorami i cebulką. To, czego brakuje to poranna herbata albo kawa. Kolejny dzień to spacer po okolicy i zabawy z dzieciakami, których tu pełno. W wiosce widać było i czuć wszędzie suszącą się kasawę. Widok jest o wiele przyjemniejszy od zapachu, niezbyt zachęcającego do jedzenia (dla mnie kasawa po prostu śmierdzi). Wieczorem mecz piłki nożnej. Najzabawniejszy, jaki widziałam. Do gry włączyła się nawet Ewa, która zazwyczaj tylko obserwuje. Najciekawsze i najśmieszniejsze jest to, że jak tylko Ewa dostała się do piłki, cała obrona drużyny przeciwnej rozpływa się gdzieś na boki (nie wiem czy z obawy przed nią czy z uprzejmości). Jakaż była radość przybyłych na mecz mieszkańców wioski, kiedy Ewie udało się strzelić gola! Wszyscy wiwatowali głośniej niż na Mistrzostwach Świata w SA. Trzeciego dnia wczesnym rankiem o 10.00 udałyśmy się w 2 godzinną podróż pieszą na drugi koniec wyspy do głównej wioski Chisenga. Towarzyszył nam cherman z tejże wioski, który zabrał część naszego bagażu w tym słodkie ziemniaki i kurę, którą dostałyśmy na odjazd. Wszystko to włącznie z materacem księdza Andrzeja zapakował na rowerek i ruszyliśmy. Co chwila ludzie żegnali nas albo witali, pozdrawiali i życzyli dobrej drogi. Podczas spaceru nie mogłam napatrzeć się na pola kasawy uprawiane w gorącym słońcu i wypalonej jego żarem ziemi. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tej wioski (z wyjątkiem kolejnych setek dzieci) to Msza Święta w niedzielę, a szczególnie zachowania dzieci podczas kazania.
Podczas niedzielnej mszy posadzono nas przy ołtarzu zaraz obok chóru. Naprzeciw było miejsce dla ok. 40 dzieciaków, które można było obserwować. Z moich wnikliwych spostrzeżeń wynika, że dzieci w czasie kazań się nudzą, zwłaszcza, jeśli trwa ono ponad 50 min. Słodaski można podzielić na kilka grup:
1. Grupa śpiochów – to te, którym nie przeszkadza krzyczący, gadający bez przerwy ksiądz, nie reagują one też na zaczepki swoich kolegów tylko smacznie odpoczywają śniąc o aniołkach i nshimie. Kiedy już potrzeba snu zostanie zaspokojona otwierają swoje małe brązowe oczka, przeciągają się słodko i wracają do uważnego słuchania słów księdza.
2. Grupa gaduł – są to małe brązowe słodaski, którym nie zamykają się buzie, wręcz przeciwnie nasilają swoją aktywność komunikacyjną z innymi, kiedy tylko ksiądz zaczyna podnosić głos. Nie zamykają swoich pyszczków nawet na prośby i groźby starszych, pilnujących porządku w kościele. Jaka szkoda, że nie mogę zrozumieć co jest tematem konwersacji, często popartej żywą gestykulacją.
3. Grupa rozrabiaków – należą do nich dzieci, którym świecą się oczka i chytry, przebiegły uśmiech nie znika z twarzy. Ta grupa potrafi rozbawić najlepiej obserwatorów. Zabawa zaczyna się od przyczajenia na przeciwnika i uderzenia go tropikiem z głowę. Następnie pojawia się odwet ze strony poszkodowanego. I tak zaczyna się pewna tropikowa bitwa. Kiedy robi się już za głośno do akcji wkracza ktoś z dorosłych. Ku zadowoleniu zaczepnisia, tego który rozpoczął bitwę, naganę dostaje poszkodowany. I tak kończy się zabawa podczas kazania.
4. Grupa misjonarskiego wparcia – te dzieciaki nie wiadomo czemu, jak zaczarowane słuchają z uwagą słów kapłana. Siedzą cichutko, nikomu nie przeszkadzają. Wydają się zmieszane i troszkę zagubione, kiedy kapłan kończy słowami Amen. Najwidoczniej zaciekawione są dalszą częścią niecodziennej „imprezy”.
Kiedy i ja usłyszałam Amen, wróciłam myślami i wzrokiem do aktywnego uczestnictwa we Mszy Świętej, która tutaj na wyspie jest rzadkością.
PS. Paczka wielkanocna z Olsztyna dotarła (w sumie to wyszła to paczka wielkanocno-urodzinowa). Ku mojemu zdziwieniu Chińczycy zupki nie skonfiskowali. Wszystko dotarło bez szwanku – żóbrzyk też Dzięki za wszelkie materiały dla dzieciaków, przydadzą się. Oratorium i przedszkole to jak studnia bez dna. Nie załapałam tylko, po co te czasopisma misyjne? Ja tu mam misje na co dzień!!! No chyba, że to część formacji misyjnej… Dzięki za zdjęcie, szkoda, że nie ma na nim ks.Bozika!!! Mam nadzieję, że grupa Albańska też pokochała Shkrel, jak ja przed dwoma laty!!! Ach, zazdroszczę Wam tej Albanii, tak bardzo tęsknię!!!!
Dotarła też paczka dla dzieciaków z Warszawy od niejakiej Pani Żmichowskiej. Bardzo proszę, jeżeli czyta Pani mój blog o kontakt mailowy – mysza432@wp.pl Dziękujemy za wszelkie zabawki, materiały papiernicze, ubrania. Kolejne wolontariuszki będą miały nowe zapasy
Tak nam powoli czas wracać. Ja spakowałam już jedną torbę. Po niedzieli siostra Zofia jedzie do Lusaki, to mi ją zabierze, co bym nie dźwigała. I tak pewnie będę miała ciężki bagaż smutasów i tęsknotek. Póki co z Mansy wyruszam na początku sierpnia by jeszcze pobuszować po Zambii, a potem „…ukochany kraj, umiłowany kraj…”
Buziaki u uściski dla mojej babci Sabci z okazji 80tych rodzinek. Chciałabym jeszcze publicznie pogratulować tej samej babci, że wytrzymała ze swoim mężem, a moim ukochanym dziadkiem Mieciem zwanym „Złota Rączka”, 60 lat!!!! Kocham Was bardzo!!!!
sobota, 3 lipca 2010
Najlepsze na smieci sa dzieci
Temat śmieci i brudu wkoło powraca za każdym razem przy większej dyskusji. Papiery są wszędzie, wkoło szkoły, w oratorium, w okolicy kościoła…Gdzie się nie obejrzysz plastikowe torebki, woreczki po Iceblock, świecące na słońcu opakowania po chipsach, ciastkach, kartony, butelki…Można by wymieniać i wymieniać.
Teren szkoły został nawet podzielony na sektory. Za każdy sektor odpowiedzialna jest poszczególna klasa. Co z tego jednak, jeżeli nauczyciele nie zwracają na to uwagi, jeżeli te śmieci przeszkadzają tylko siostrom i mi. Edukacja ekologiczna kończy się, zatem na korzystaniu podczas przerwy na śniadanie z kosza na śmieci w przedszkolu i wrzucaniu do mojej kieszeni papierków po cukierkach, kiedy jest słodki dzień w oratorium. Więcej już chyba nie wykrzesam z siebie i dzieci. Najgorzej jest teraz, kiedy jest bardzo wietrznie. Śmieci fruwają wszędzie. Kiedy tak kolejny raz ubolewałam nad tym brudem wkoło, kiedy kolejny raz brzmiały mi jeszcze w uszach słowa ks. Michała żeby sprzątać teren oratorium Duch Święty natchnął. Najważniejsze to się dobrze bawić i połączyć to z pożytkiem dla wszystkich. Zawody w sprzątaniu. Korzystając z radości przebywania z moją ukochaną grupą Dominic staram się być kreatywna i wymyślam coś nowego. Dziś podzieliłam grupę na 4 zespoły a na czele każdego postawiłam lidera. Każda grupa pomalowała sobie twarze w czterech kolorach i dostała po jednym worku. Następnie pokazałam dzieciom plan naszego terenu podzielony na 4 sektory i oznajmiłam, że mamy wielką misję do spełnienia. Trzeba oczyścić teren. Dałam Słodaskom pół godziny. Kiedy moi oratorianie skrzętnie zbierali każdy pyłek na drodze spotkałam jednego z naszych katechistów. Jakoś tak nadzwyczaj radośnie mnie przywitał i zawoła do siebie. Zaskoczona, o co chodzi podeszłam. – Wiesz Kasia, to mi się podoba. Oni sprzątają śmieci, niesamowite – powiedział z radością w oczach. Jeszcze bardziej dumna z moich urwisów dopowiedziałam – Pewnie, bo to najlepsza grupa w oratorium!!! Pełna radości postanowiłam przygotować nagrody. Kiedy zawody dobiegły końca usiedliśmy z wszystkimi na małą pogawędkę. Wszyscy byli zaskoczeni, że uzbieraliśmy aż 4 pełne wory śmieci!!! Doszliśmy do wniosku, że lepiej od razu wrzucać do wielkiej wykopanej dziury niż na ziemię i potem zbierać to wszystko. Dzieciaki świetnie się jednak bawiły i chyba włączę akcję – Najlepsze na śmieci są dzieci!!!
Zastanawiam się tylko, czemu ten pomysł nie wpadł mi prędzej do głowy? Chyba za dużo na głowie….
Wierzcie mi, że na misjach jest więcej pracy niż czasu i już nawet nie planuję niczego, bo nie mam wolnych terminów. A chciałoby się zrobić jeszcze tak wiele!!!!!
Teren szkoły został nawet podzielony na sektory. Za każdy sektor odpowiedzialna jest poszczególna klasa. Co z tego jednak, jeżeli nauczyciele nie zwracają na to uwagi, jeżeli te śmieci przeszkadzają tylko siostrom i mi. Edukacja ekologiczna kończy się, zatem na korzystaniu podczas przerwy na śniadanie z kosza na śmieci w przedszkolu i wrzucaniu do mojej kieszeni papierków po cukierkach, kiedy jest słodki dzień w oratorium. Więcej już chyba nie wykrzesam z siebie i dzieci. Najgorzej jest teraz, kiedy jest bardzo wietrznie. Śmieci fruwają wszędzie. Kiedy tak kolejny raz ubolewałam nad tym brudem wkoło, kiedy kolejny raz brzmiały mi jeszcze w uszach słowa ks. Michała żeby sprzątać teren oratorium Duch Święty natchnął. Najważniejsze to się dobrze bawić i połączyć to z pożytkiem dla wszystkich. Zawody w sprzątaniu. Korzystając z radości przebywania z moją ukochaną grupą Dominic staram się być kreatywna i wymyślam coś nowego. Dziś podzieliłam grupę na 4 zespoły a na czele każdego postawiłam lidera. Każda grupa pomalowała sobie twarze w czterech kolorach i dostała po jednym worku. Następnie pokazałam dzieciom plan naszego terenu podzielony na 4 sektory i oznajmiłam, że mamy wielką misję do spełnienia. Trzeba oczyścić teren. Dałam Słodaskom pół godziny. Kiedy moi oratorianie skrzętnie zbierali każdy pyłek na drodze spotkałam jednego z naszych katechistów. Jakoś tak nadzwyczaj radośnie mnie przywitał i zawoła do siebie. Zaskoczona, o co chodzi podeszłam. – Wiesz Kasia, to mi się podoba. Oni sprzątają śmieci, niesamowite – powiedział z radością w oczach. Jeszcze bardziej dumna z moich urwisów dopowiedziałam – Pewnie, bo to najlepsza grupa w oratorium!!! Pełna radości postanowiłam przygotować nagrody. Kiedy zawody dobiegły końca usiedliśmy z wszystkimi na małą pogawędkę. Wszyscy byli zaskoczeni, że uzbieraliśmy aż 4 pełne wory śmieci!!! Doszliśmy do wniosku, że lepiej od razu wrzucać do wielkiej wykopanej dziury niż na ziemię i potem zbierać to wszystko. Dzieciaki świetnie się jednak bawiły i chyba włączę akcję – Najlepsze na śmieci są dzieci!!!
Zastanawiam się tylko, czemu ten pomysł nie wpadł mi prędzej do głowy? Chyba za dużo na głowie….
Wierzcie mi, że na misjach jest więcej pracy niż czasu i już nawet nie planuję niczego, bo nie mam wolnych terminów. A chciałoby się zrobić jeszcze tak wiele!!!!!
środa, 23 czerwca 2010
"Czyń dobro mimo wszystko" M. Teresa
"Jeśli czynisz dobro, oskarżą cię o egocentryzm. Czyń dobro mimo wszystko!
Twoja dobroć zostanie zapomniana już jutro. Bądź dobry mimo wszystko!". (M.Teresa)
Kasiu, jak to jest z czynieniem dobra na misjach? Ono też bywa niezrozumiane i marnowane? Czy mimo to, nadal Ci się chce?
Agatko, w końcu doczekałaś się odpowiedzi na swoje pytania. Właśnie dostałam gratis wolne popołudnie żeby odpocząć od „czynienia dobra”. To znaczy, że przychodzi czasem czas by zamknąć się na trochę w pokoju, popłakać, pomyśleć, pogadać z siostrą Zofią - o co w tym wszystkim chodzi? Wszystko w porządku, jeśli taki czas nie pojawia się zbyt często. Ja jednak chyba mieszczę się w normie.
Na początku trzeba zastanowić się, co znaczy czynić dobro? Niekiedy wydaje nam się, że robimy dobrze a wynikają z tego same problemy. Jednak Matka Teresa mówiła „Bądźcie dobrzy dla tych, wśród których żyjecie. Wolę, żebyście popełniali błędy z dobroci serca niż żebyście dokonywali cudów, nie miłując”.
Jeszcze inaczej, kiedy wkładamy wszystkie swoje siły i wszyscy mają to w nosie. No cóż wtedy pozostaje tylko „Bądź dobry mimo wszystko”.:)
Każdego dnia mamy okazję do czynienia dobra i niekoniecznie musimy wyjeżdżać na misje w tym celu. Kiedy już jednak zdecydujemy się na taki krok trzeba być szczególnie gotowym na ataki ze strony ZŁEGO. On strasznie nie lubi dobra i każdego dnia będzie szukał sposobu i metody jak zniszczyć dobro.
Czynić dobro na misjach to wykonywać swoją pracę z oddaniem, zaangażowaniem, odpowiedzialnością i uśmiechem, choćby chciało się płakać. Moja praca tutaj to przede wszystkim praca z dzieciakami. Moim życiem jest przedszkole i to w 300% oddaje każdego dnia moje siły, moje smutki i radości, moje kolejne siwe włosy Laura Pre-school w Mansie.
Na początku był szok, zwłaszcza, jeżeli chodzi o pracę z dziećmi, o system edukacyjny w Zambii, o dydaktykę przedszkolną. Wszystko tu jak w szkole, dziecko ma siedzieć i kuć na pamięć to, co nie rozumie, nie pojmuje, nie wyobraża sobie. Wtedy jednak była siostra Maura, która pomagała to wszystko zrozumieć i pokazywała, że możemy zmieniać małe rzeczy i przyzwyczajać się do tych, których zmienić nie możemy – choćby Cię „cholera jasna” strzelała.
Teraz jednak nie ma już siostry i wszystko jest pod górkę. Generalnie w przedszkolu jesteśmy obie z siostrą Zambijką odpowiedzialne za funkcjonowanie. Tyle, że siostra spędza czas w biurze na czytaniu książek i przyjmowaniu gości, z małą 10 min przerwą na pomoc przy posiłkach dzieci. Ja natomiast chodzę i poganiam nasze „Święte Krowy” do roboty. Każdego dnia trzeba przypominać, że przychodzą do pracy a nie na spotkanie, że pracują w grupie z dziećmi a nie na zewnątrz w plotkarstwie, że mamy fajne układanki, gry przygotowane przez wolontariuszy, siostrę Maurę i aby dzieci zachęcić należy z nimi usiąść czy ostatecznie położyć im na stoliku. Każdego dnia trzeba pokazywać, kto gdzie stoi na placu zabaw by troszczyć się o bezpieczeństwo dzieci, zachęcać by zrobiono coś innego na zajęciach niż kolejne powtarzanie alfabetu. Kiedy jednak tylko przestaniesz na jeden dzień, kiedy wyskoczysz do domu na szybką kawę, kiedy zajmiesz się czymś innym - wszystko lega w gruzach. Ja tu myśleć o rozwoju państwa, reformie czegokolwiek skoro nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co robi!!!!!
Wszystkiego się odechciewa!!! Dzisiaj przyszła mi refleksja na temat wyposażenia przedszkola w środki dydaktyczne. Od jakiegoś czasu przygotowuję różne gry i pomoce do zajęć. Tyle, że dziś zdałam sobie sprawę, że nikt tego nie używa – bo się mu nie chce. Najszybciej jest napisać literę na tablicy, powtórzyć ją 100 razy i przechodzimy do pisania w zeszytach.
Siostra Dyrektor w ogóle nie ma pojęcia o pracy przedszkola, do tego ta różnica kulturowa sprawia, że często nie rozumie mnie i moich problemów, uwag. Najlepsze jest to, ze po pewnym czasie wiele z tych rzeczy, które ja zgłaszam a ona lekceważy wychodzi i tak na moje – tak jakoś Bóg kieruje, dbając o dobro moich brązowych przedszkolaków.
Czemu tak ciężko jest rozumieć dobro, jakie chce się darować? Co z tego, że siostra przełożona powie, że jest szczęśliwa z obrazków wymalowanych na ścianach w przedszkolu. Ja byłabym usatysfakcjonowana, gdyby nauczyciele wykorzystywali to do zajęć z dziećmi, bo po to je malowałyśmy.
Kiedy jednak człowiek wypłacze się już do poduszki, wyżali siostrze Zosi, wypije herbatę zrobioną przez Ewę i pomyśli o uśmiechach małych Słodasków na sercu robi się cieplej.
I znów chce się wstać rano do przedszkola, wytrzeć kolejne 90 zasmarkanych nosów, ściągnąć 90 swetrów gdy słońce praży niemiłosiernie czy przytulić 90 uśmiechniętych brązowych buziek do swojej zatroskanej białej. A kiedy jest nadal smutno, w oratorium czeka szalona grupa urwisów z Dominika, która zawsze coś spsoci, wymyśli śmiesznego czy zaśpiewa „Kasia alitemwa abanabanono” (Kasia kocha małe dzieci).
Pewnie nie ja jedna zadaję sobie pytanie – Czy warto czynić to dobro? Praca misyjna to ciężki kawał chleba i wielu wolontariuszy ma po pewnym czasie dylemat – gdzie dobro w tym wszystkim? Korzystając jednak z rady pewnej doświadczonej już wolontariuszki postanawiam - Ile jestem w stanie będę dawać dzieciakom. To dla nich jestem posłana!!! MIMO WSZYSTKO!!!!!!
"Iść Małą Drogą" - TAU
Z całego serca dziękuję wspólnocie TAU z Olsztyna za promyki słońca, które do mnie dotarły. Przepraszacie, że nie pisaliście, nie wysyłaliście paczek, ale ja też nie odzywałam się do was. Szczerze powiedziawszy to nie sądziłam, że mam takich wiernych fanów na Nagórkach.:) Dziękuję jednak za wszelką modlitwę, którą odczuwałam tutaj bardzo. Terska jest nadal moją największą Przyjaciółką i wiele razy przytulała mnie do Swojego małego, dziecięcego serca. Wszędzie tutaj czuję Jej obecność, krocząc moją małą zambijską drogą.
Nie wiem, co prawda jaki skład grupy był w tym roku i kto pozostał wierny Małej Tereni ale dziękuję za wszelkie ciepłe słowa przesłane w słonecznych promykach.
Chciałabym tylko sprostować niektóre z nich. Co do odwagi to jeszcze nie jest tak dobrze jak bym chciała. Zaufałam Bogu, ale nie potrafię oddać Mu się całkowicie…Jestem super – no to trochę za dużo jak dla mnie Ciekawe, kto to napisał?:) O to czy jestem super to trzeba by zapytać moich życiowych współlokatorek albo ze mną pomieszkać Cała prawda wychodzi na jaw…Ale staram się, codziennie uczę się asertywności i miłości do bliźniego – idąc za przykładem św. Tereni podnoszę te małe szpilki i ofiarowuję za dusze w czyśćcu cierpiące.
Któż to mnie zapamiętał uśmiechniętą i wesołą? Przecież ja jestem strasznym ponurakiem!!! Każdy uśmiech jednak, który pojawia się na mojej twarzy traktuję jako szczególny co sprawia, że rosnę w Miłości Pana.
Z resztą w zupełności się zgadzam Tak na serio, to dziękuję Wam za modlitwę i ciepłe słowa, które trafiły w bardzo odpowiednim czasie. Już nie mogę doczekać się kiedy spotkam Wasze uśmiechnięte mordki i podzielę się z Wami moim kawałkiem brązowego, afrykańskiego serca. Odpoczywajcie i stawajcie się światłem dla innych poprzez swoje uczynki i słowa.
Do zobaczenia…
„Nie dosyć więc dać każdemu, ktokolwiek mnie prosi, trzeba uprzedzić jego pragnienia, dać do zrozumienia że oddawanie usługi uważa się za obowiązek, za wielki zaszczyt…” św. Terenia
Nie wiem, co prawda jaki skład grupy był w tym roku i kto pozostał wierny Małej Tereni ale dziękuję za wszelkie ciepłe słowa przesłane w słonecznych promykach.
Chciałabym tylko sprostować niektóre z nich. Co do odwagi to jeszcze nie jest tak dobrze jak bym chciała. Zaufałam Bogu, ale nie potrafię oddać Mu się całkowicie…Jestem super – no to trochę za dużo jak dla mnie Ciekawe, kto to napisał?:) O to czy jestem super to trzeba by zapytać moich życiowych współlokatorek albo ze mną pomieszkać Cała prawda wychodzi na jaw…Ale staram się, codziennie uczę się asertywności i miłości do bliźniego – idąc za przykładem św. Tereni podnoszę te małe szpilki i ofiarowuję za dusze w czyśćcu cierpiące.
Któż to mnie zapamiętał uśmiechniętą i wesołą? Przecież ja jestem strasznym ponurakiem!!! Każdy uśmiech jednak, który pojawia się na mojej twarzy traktuję jako szczególny co sprawia, że rosnę w Miłości Pana.
Z resztą w zupełności się zgadzam Tak na serio, to dziękuję Wam za modlitwę i ciepłe słowa, które trafiły w bardzo odpowiednim czasie. Już nie mogę doczekać się kiedy spotkam Wasze uśmiechnięte mordki i podzielę się z Wami moim kawałkiem brązowego, afrykańskiego serca. Odpoczywajcie i stawajcie się światłem dla innych poprzez swoje uczynki i słowa.
Do zobaczenia…
„Nie dosyć więc dać każdemu, ktokolwiek mnie prosi, trzeba uprzedzić jego pragnienia, dać do zrozumienia że oddawanie usługi uważa się za obowiązek, za wielki zaszczyt…” św. Terenia
piątek, 4 czerwca 2010
Kolejne przygody
Ach, wszyscy tylko przypominają, proszą o nowe notki na blogu, ale nikt nie napisze maila co się dzieje u Was. Nie pamiętam, kiedy dostałam wiadomości od mojej ukochanej kuzynki Małgosi, czy współlokatorek z Wańkowicza, albo moich koleżanek po fachu, że nie wspomnę o dzieciach, które porzucałam z rozdartym sercem – grupie MWDB OLSZTYN. Tylko ksiądz Hubert i załoga z Przedszkola 31 pozostaje wierna swoim obietnicom NIE ZAPOMNIEĆ!!!
Co do moich postów to ciągle coś, wsiąkłam już zupełnie w moje obowiązki, w życie misyjne, w którym ciągle brakuje czasu. Wcześniej były wakacje, potem malaria a przez ostatni czas palec w gipsie to i jak tu pisać. Moje nowe hobby zostało zawieszone na jakiś czas i to pod przymusem. Grając z męską drużyną, czasem mało delikatną i wcale nieprzejmującą się jedyną umukashaną (dziewczyną) na boisku, wybiłam sobie palucha. I to tego, na którym w przyszłości będzie się prezentować obrączka!! Nie był to pierwszy raz, ale ten raz był zbyt mocny. Kiedy opuchlizna nie chciała zejść postanowiłam odwiedzić miejski szpital. Swoją drogą widziałam już klinikę, szpital więc został już tylko witch doktor!!! Jak to na obczyźnie bywa tak i w Mansie znalazł się znajomy, biały doktor Bogdan z Ukrainy. Przyjął mnie bardzo serdecznie, szybciutko przed pokojem prześwietleń wypisał skierowanie i sprawa prześwietlenia została załatwiona w 15 min – w normalnym trybie średnia czasu 3h. Na szczęście nie było złamania i przemieszczenia kości, udaliśmy się zatem do zabiegowego, w celu konsultacji (5min) i założenia gipsu 10 min. Wszystko w iście ekspresowym tempie, nawet w Polsce nie da się tego tak szybko załatwić. Oczywiście była propozycja nastawiania palca, na którą odpowiedziałam stanowczo NIE!!! Gips w sumie też był chyba tylko, dlatego że nie wierzyli mi do końca, że nie będę grała w kosza przez jakiś czas. Zostałam, zatem uziemiona na 2 tyg z palcem w gipsie u prawej ręki. Szpitala za dużo nie widziałam, miałam okazję mijać kuchnię – jedzenie (shima) gotowana jest na palach drewnianych na zewnątrz. Pokój prześwietleń wyglądał całkiem estetycznie, na łóżku była nawet poduszka. Najśmieszniejsze było jak dr Bogdan napisał w skierowaniu teacher Kasia. Oczywiście Afrykańczycy nie przyjęli tego do wiadomości i zapytali o nazwisko. Szkoda, że nie widzieliście miny laboranta jak kazałam mu napisać KOBUSIŃSKA Kiedy wywoływali mnie po zdjęcie, też się uśmiałam, bo gdyby nie to, że widziałam na zdjęciu dłonie, nigdy nie domyśliłabym się że czytają moje nazwisko.
Gips zdjęłam sobie po dwóch tygodniach męczarni (chciałam tylko zauważyć, że z zagipsowanym palcem całkiem możliwe jest pływanie w jeziorze) i palec nadal opuchnięty. I masz ci los. Udaję się, zatem kolejny raz do szpitala. Tym razem obejrzy mnie chirurg też z Ukrainy. Zobaczymy, co też poradzi. (Właśnie wróciłam z wizyty, wiadomości są bardzo smutne – z palcem ok., mam dużo ćwiczyć go i zakaz grania w kosza przez kilka miesięcy). Ciekawostka: Sala operacyjna w szpitalu w Mansie nazywa się OPERATION THEATRE.
Po ostatnim śnie gdzie spadłam z drzewa, na którym siedziało ze 30 kotów zastanawiam się co teraz się przydarzy
Życie misyjne. Generalnie same braki. Dziury w budżecie na wszelkich możliwych płaszczyznach. Dzieciaki nie chodzą do szkoły, bo nie mają na opłatę (szkoły nawet państwowe są płatne, oprócz school fees trzeba kupić uniform i buty, zeszyty. Jeżeli nie ma się tych podstawowych rzeczy dzieciaki wysyłane są do domu). Czasem dziwi mnie to, jak prosto i łatwo odpowiadają, że przestali uczęszczać gdyż nie zapłacili czesnego. Naprawdę wielkie szczęście mają uczniowie naszej szkoły, których czesne pokrywane jest w większości z pieniędzy adopcyjnych. W ostatnim czasie też zostałam wrobiona w macierzyństwo. Jeden z nauczycieli dołączył do moich rozmów z liderami. Rozmawialiśmy o tym, co im brakuje w szkole. Nauczyciel przysłuchując się zażartował, że powinni zwrócić się do ba Majo (mamy) – wskazał na mnie. Ja zażartowałam, że skoro mamy mamę to on zostanie tatą. Potem nastąpiły negocjacje w rezultacie, których jeden z liderów skorzystał, ustaliliśmy, że mama kupuje uniform a tata buty. Z żartu wyszło coś dobrego, tyle, że mam nadzieję, iż kolejne moje dzieci nie zaczną się dopominać, bo zbankrutuje. Zasmuciła mnie też niedawno rozmowa, z Nathanem – liderem. Jest w klasie 9 i podczas pogawędki okazało się, że nie chodzi do szkoły, gdyż nie opłacił czesnego. Jest sierotą, stracił wcześnie rodziców (ojca nie pamięta a matkę jak miał 2 lata). Mieszka z bratem i jego rodziną. Brat nie ma stałej pracy, więc lekko w domu nie jest. Bardzo lubię tego chłopca, jest pracowity i spokojny. Czasem zamyśla się i wpatruje w pustkę – zupełnie jak ja. Myślę, że nasze spokojne dusze dobrze się dogadują. Dogadaliśmy się zatem, że dam mu połowę wymaganej sumy a on pomoże mi w pracach porządkowych na terenie przedszkola. Możecie sobie wyobrazić jak szczęśliwe było moje serce, kiedy na drugi dzień Nathan przypędził w uniformie szkolnym i roześmianą buzią od ucha do ucha pokazać mi rachunek (zawsze wymagamy od dzieciaków rachunków, sprawdzamy czy nie oszukują). W ten sposób pojawił się kolejny uśmiech na kolejnej brązowej twarzy. Nie możemy pomóc wszystkim, nawet jeśli to są dobrzy pomocni liderzy, możemy jednak powoli wspierać i cieszyć się że kolejnym uśmiechem na twarzy.
Zawsze pojawia się dylemat: Komu pomóc, na ile pomóc i wymagać a na ile tylko dawać? Dla mnie było oczywiste od razu, że nie mogę pomóc wszystkim. Tym bardziej, że wieści szybko się rozchodzą i potem powstaje niekończąca się kolejka potrzebujących. Wiele dzieci i młodych to wykorzystuje i liczy tylko, kiedy musungu im da, nie zastanawiając się jak mogą pozyskać pieniądze. Niedawno Ewa nie mogła się pogodzić z brakami naszych liderów, (ponieważ znamy ich lepiej niż pozostałe dzieci z oratorium znamy też ich potrzeby, smutki czy radości). Zastanawiała się jak można im pomóc. Zaczęło się wysyłanie ich od siostry do siostry od księdza do księdza. Kiedy przyszli do s. Zofii ona szczerze powiedziała że nie ma akurat żadnej pracy, ale mogą wykonać miotły bo to się przyda i wtedy kupi je od nich. Do tej pory nikt nie przyszedł a zdarzenie miało miejsce w marcu. Często mamy tu odmienne zdanie z Ewką na temat tego rodzaju działań. Obie się zgadzamy, że trzeba jakoś ich wspierać tylko zasięg tego wsparcia nas różni.
Rada praktyczna dla przyszłych wolontariuszy: nie pomożecie wszystkim a czasem jedyną pomoc, jaką od siebie dacie to bycie z dzieciakami, młodzieżą, rozmowy z nimi i zabawy. I najważniejsze: najgorsze nauczyć dawania, zwłaszcza za nic. Czasem denerwuje mnie jak nasi liderzy wymagają od nas zeszytów, ołówków, długopisów a potem coraz droższych rzeczy jak buty, uniform…I tak łatwo im przychodzi powiedzieć: Daj mi ołówek! Kiedy pytam co się stało z poprzednim, danym 3 tyg, wcześniej – Zgubiłem!!! Zatem „wyżebrać” ode mnie cokolwiek nie jest łatwo i trzeba się trochę napracować.
Nasi nauczyciele też mieli mały kryzys. Na początku semestru rząd nie wypłacił ba Kafundishiom w Zambii pensji. Nauczyciele, zatem zastrajkowali i w większości szkół nowy term zaczął się z tygodniowym opóźnieniem. U nas jednak wszystko rozpoczęło się w odpowiednim terminie.
W przedszkolu wielkie malowanie. Podjęłyśmy z Ewą jedną z większych form współpracy – tu ksiądz Roman możesz być z nas dumny Siostra Celeste wydała zgodę na malowanie na ścianach, i takim sposobem w jednej klasie mamy dżunglę, w drugim afrykańską wioskę. Poza tym kolorowo robi się wokół budynku: kamienie w różnych odcieniach, środki dydaktyczne wyczarowane z pokrywek od wiaderek. Moje ukochane Laura Pre-school pięknieje z tygodnia na tydzień. Zdradzę wam, że uwielbiam chodzić wieczorami do przedszkola. Siadam sobie na kłodzie i wsłuchuję się w ciszę i chłonę duszę tego miejsca wspominając obrazy i przeżycia, których tu doświadczyłam do tej pory. 1 czerwca zorganizowaliśmy też dzieciakom Dzień Dzieci. Wybraliśmy się z tej okazji do 4 państw, poznaliśmy dzieci z 4 kontynentów (ze względu na braki białych grałyśmy z Ewą po dwie role. Ja byłam wróżką i Chińczykiem w jednym a Ewa – Polką i Indianką). Potem tańce, konkursy i wspólne video. Nasze Słodaski dostały po paczce popcornu (zostałam specjalistką od przygotowywania prażonej kukurydzy – 100 torebek w pół dnia) i lizaku. Impreza była wspaniała!!!!
W oratorium przeżyliśmy niedawno akcję „Ciuszek”. Dziękujemy za ubrania przysłane z Polski, z SOMU. Wszystko zostało przekazane potrzebującym. Dzieciaki bardzo się cieszyły z każdej rzeczy, nawet zbyt dużej czy za małej.
Tak czas pędzi szybko i niedługo trzeba będzie się spakować i pożegnać. Zanim to jednak nastąpi cieszę się Afryką, Mansą. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnio częściej wyprowadzają mnie z równowagi Musungu a nie Afrykańczycy. Chyba trzeba się zastanowić czy na pewno ze mną wszystko w porządku
No to się trzymajcie, piszcie. Post o Livingstonie i dalsza część puszkowa „is comeing” jak to mówią Afrykańczycy, więc czekajcie cierpliwie….
Humor misyjny – mam nadzieję, że Ewa mnie nie udusi za to.
W maju obchodziliśmy urodziny Ewy. Wymarzyła sobie na ten dzień ognisko. Oczywiście, jak to cała Ewa, przygotowania rozpoczęły się późnym popołudniem (w dzień urodzin). Na godzinkę przed wyznaczonym czasem spotkania (19,00) zajęłam się sałatką a Ewa organizowaniem śpiewnika i ogniska – w tym drugim dzielnie pomagała jej s. Celeste. Ewa pożyczyła nawet, grila bo stwierdziliśmy, że będzie wygodniej. Jak to Ewa, nie sprawdziła czy mamy czarko – węgiel drzewny. Tak, więc ok. 19 okazało się, że grill raczej nie wypali. Kilka minut po 19 wpadła zdyszana, że kiełbaski trzeba przygotować w piekarniku, bo za ogniskiem trzeba poczekać. Okazało się (niestety, wiem to tylko z opowieści s. Godlive i żałuję, że tego nie widziałam), że Ewa nazbierała liści od banana i to całkiem świeżych. Kiedy nie chciały się palić z pomocą pobiegła s. Celeste polewając liście naftą. Co z tego wyszło? Kupa dymu!!! I śmiechu!!! Kiedy całą akcję zobaczyła s. Godlive od razu wszczęła akcję ratowniczą, wydała odpowiednie polecenia przygotowania kiełbasek w piekarniku i poszukała odpowiedniego materiału, palącego się bez problemu – drewna!!! Do tej pory śmiejemy się, że jak ognisko to tylko z liści bananowca i przygotowane przez Ewę.
Wybrałam się w niedzielę na szkółkę niedzielną Anglikanów, prowadzoną przez jednego z koszykarzy, z którym gramy w każdą sobotę. Podczas gdy dorośli mają mszę on zajmuje czas dzieciom. Mieliśmy okazję wymienić się doświadczeniami pedagogicznymi i podzielić zabawami. Swoją drogą znalazłam w Mansie małych brązowych Słodasków, które nie wiedziały jak mam na imię i z zaciekawieniem dotykały mojej skóry. Nie często spotyka mnie to, gdyż przez naszą wioskę nie da się przejść niezauważonym i dookoła słychać Kasia i Ewa. Tak, więc wszyscy wkoło wiedzą, kto się na spacer wybrał i nasi oratorianie czy przedszkolaki nie dziwią się już widokiem musungu. Bawiło mnie, kiedy po kryjomu szybko dotykały mojej ręki i śmiały się. Przy okazji spotkałam tam jedną z naszych dziewczynek z przedszkola - Faith. Oczywiście przyszła się przywitać i kiedy tak przymilała się do mnie do akcji wkroczył jej tata. Przywołał córkę do porządku, i poprosił żeby nie przeszkadzać madam. W odpowiedzi usłyszał – Father is not madam is teacher Kasia from preschool. Oboje zaczęliśmy się śmiać i tato przyszedł przywitać się. W poniedziałek nauczycielka pytała dzieci, jaki był dzień wczoraj i kto był w kościele. Dzieci krzyczały - me, me!!! Nagle w klasie padła odpowiedź z ust Faith - teacher Kasia!!! Nieformalnie, zatem zostałam przyjęta do rodziny kościoła anglikańskiego.
To tak żeby Wam nie było smutno!!!!!
Co do moich postów to ciągle coś, wsiąkłam już zupełnie w moje obowiązki, w życie misyjne, w którym ciągle brakuje czasu. Wcześniej były wakacje, potem malaria a przez ostatni czas palec w gipsie to i jak tu pisać. Moje nowe hobby zostało zawieszone na jakiś czas i to pod przymusem. Grając z męską drużyną, czasem mało delikatną i wcale nieprzejmującą się jedyną umukashaną (dziewczyną) na boisku, wybiłam sobie palucha. I to tego, na którym w przyszłości będzie się prezentować obrączka!! Nie był to pierwszy raz, ale ten raz był zbyt mocny. Kiedy opuchlizna nie chciała zejść postanowiłam odwiedzić miejski szpital. Swoją drogą widziałam już klinikę, szpital więc został już tylko witch doktor!!! Jak to na obczyźnie bywa tak i w Mansie znalazł się znajomy, biały doktor Bogdan z Ukrainy. Przyjął mnie bardzo serdecznie, szybciutko przed pokojem prześwietleń wypisał skierowanie i sprawa prześwietlenia została załatwiona w 15 min – w normalnym trybie średnia czasu 3h. Na szczęście nie było złamania i przemieszczenia kości, udaliśmy się zatem do zabiegowego, w celu konsultacji (5min) i założenia gipsu 10 min. Wszystko w iście ekspresowym tempie, nawet w Polsce nie da się tego tak szybko załatwić. Oczywiście była propozycja nastawiania palca, na którą odpowiedziałam stanowczo NIE!!! Gips w sumie też był chyba tylko, dlatego że nie wierzyli mi do końca, że nie będę grała w kosza przez jakiś czas. Zostałam, zatem uziemiona na 2 tyg z palcem w gipsie u prawej ręki. Szpitala za dużo nie widziałam, miałam okazję mijać kuchnię – jedzenie (shima) gotowana jest na palach drewnianych na zewnątrz. Pokój prześwietleń wyglądał całkiem estetycznie, na łóżku była nawet poduszka. Najśmieszniejsze było jak dr Bogdan napisał w skierowaniu teacher Kasia. Oczywiście Afrykańczycy nie przyjęli tego do wiadomości i zapytali o nazwisko. Szkoda, że nie widzieliście miny laboranta jak kazałam mu napisać KOBUSIŃSKA Kiedy wywoływali mnie po zdjęcie, też się uśmiałam, bo gdyby nie to, że widziałam na zdjęciu dłonie, nigdy nie domyśliłabym się że czytają moje nazwisko.
Gips zdjęłam sobie po dwóch tygodniach męczarni (chciałam tylko zauważyć, że z zagipsowanym palcem całkiem możliwe jest pływanie w jeziorze) i palec nadal opuchnięty. I masz ci los. Udaję się, zatem kolejny raz do szpitala. Tym razem obejrzy mnie chirurg też z Ukrainy. Zobaczymy, co też poradzi. (Właśnie wróciłam z wizyty, wiadomości są bardzo smutne – z palcem ok., mam dużo ćwiczyć go i zakaz grania w kosza przez kilka miesięcy). Ciekawostka: Sala operacyjna w szpitalu w Mansie nazywa się OPERATION THEATRE.
Po ostatnim śnie gdzie spadłam z drzewa, na którym siedziało ze 30 kotów zastanawiam się co teraz się przydarzy
Życie misyjne. Generalnie same braki. Dziury w budżecie na wszelkich możliwych płaszczyznach. Dzieciaki nie chodzą do szkoły, bo nie mają na opłatę (szkoły nawet państwowe są płatne, oprócz school fees trzeba kupić uniform i buty, zeszyty. Jeżeli nie ma się tych podstawowych rzeczy dzieciaki wysyłane są do domu). Czasem dziwi mnie to, jak prosto i łatwo odpowiadają, że przestali uczęszczać gdyż nie zapłacili czesnego. Naprawdę wielkie szczęście mają uczniowie naszej szkoły, których czesne pokrywane jest w większości z pieniędzy adopcyjnych. W ostatnim czasie też zostałam wrobiona w macierzyństwo. Jeden z nauczycieli dołączył do moich rozmów z liderami. Rozmawialiśmy o tym, co im brakuje w szkole. Nauczyciel przysłuchując się zażartował, że powinni zwrócić się do ba Majo (mamy) – wskazał na mnie. Ja zażartowałam, że skoro mamy mamę to on zostanie tatą. Potem nastąpiły negocjacje w rezultacie, których jeden z liderów skorzystał, ustaliliśmy, że mama kupuje uniform a tata buty. Z żartu wyszło coś dobrego, tyle, że mam nadzieję, iż kolejne moje dzieci nie zaczną się dopominać, bo zbankrutuje. Zasmuciła mnie też niedawno rozmowa, z Nathanem – liderem. Jest w klasie 9 i podczas pogawędki okazało się, że nie chodzi do szkoły, gdyż nie opłacił czesnego. Jest sierotą, stracił wcześnie rodziców (ojca nie pamięta a matkę jak miał 2 lata). Mieszka z bratem i jego rodziną. Brat nie ma stałej pracy, więc lekko w domu nie jest. Bardzo lubię tego chłopca, jest pracowity i spokojny. Czasem zamyśla się i wpatruje w pustkę – zupełnie jak ja. Myślę, że nasze spokojne dusze dobrze się dogadują. Dogadaliśmy się zatem, że dam mu połowę wymaganej sumy a on pomoże mi w pracach porządkowych na terenie przedszkola. Możecie sobie wyobrazić jak szczęśliwe było moje serce, kiedy na drugi dzień Nathan przypędził w uniformie szkolnym i roześmianą buzią od ucha do ucha pokazać mi rachunek (zawsze wymagamy od dzieciaków rachunków, sprawdzamy czy nie oszukują). W ten sposób pojawił się kolejny uśmiech na kolejnej brązowej twarzy. Nie możemy pomóc wszystkim, nawet jeśli to są dobrzy pomocni liderzy, możemy jednak powoli wspierać i cieszyć się że kolejnym uśmiechem na twarzy.
Zawsze pojawia się dylemat: Komu pomóc, na ile pomóc i wymagać a na ile tylko dawać? Dla mnie było oczywiste od razu, że nie mogę pomóc wszystkim. Tym bardziej, że wieści szybko się rozchodzą i potem powstaje niekończąca się kolejka potrzebujących. Wiele dzieci i młodych to wykorzystuje i liczy tylko, kiedy musungu im da, nie zastanawiając się jak mogą pozyskać pieniądze. Niedawno Ewa nie mogła się pogodzić z brakami naszych liderów, (ponieważ znamy ich lepiej niż pozostałe dzieci z oratorium znamy też ich potrzeby, smutki czy radości). Zastanawiała się jak można im pomóc. Zaczęło się wysyłanie ich od siostry do siostry od księdza do księdza. Kiedy przyszli do s. Zofii ona szczerze powiedziała że nie ma akurat żadnej pracy, ale mogą wykonać miotły bo to się przyda i wtedy kupi je od nich. Do tej pory nikt nie przyszedł a zdarzenie miało miejsce w marcu. Często mamy tu odmienne zdanie z Ewką na temat tego rodzaju działań. Obie się zgadzamy, że trzeba jakoś ich wspierać tylko zasięg tego wsparcia nas różni.
Rada praktyczna dla przyszłych wolontariuszy: nie pomożecie wszystkim a czasem jedyną pomoc, jaką od siebie dacie to bycie z dzieciakami, młodzieżą, rozmowy z nimi i zabawy. I najważniejsze: najgorsze nauczyć dawania, zwłaszcza za nic. Czasem denerwuje mnie jak nasi liderzy wymagają od nas zeszytów, ołówków, długopisów a potem coraz droższych rzeczy jak buty, uniform…I tak łatwo im przychodzi powiedzieć: Daj mi ołówek! Kiedy pytam co się stało z poprzednim, danym 3 tyg, wcześniej – Zgubiłem!!! Zatem „wyżebrać” ode mnie cokolwiek nie jest łatwo i trzeba się trochę napracować.
Nasi nauczyciele też mieli mały kryzys. Na początku semestru rząd nie wypłacił ba Kafundishiom w Zambii pensji. Nauczyciele, zatem zastrajkowali i w większości szkół nowy term zaczął się z tygodniowym opóźnieniem. U nas jednak wszystko rozpoczęło się w odpowiednim terminie.
W przedszkolu wielkie malowanie. Podjęłyśmy z Ewą jedną z większych form współpracy – tu ksiądz Roman możesz być z nas dumny Siostra Celeste wydała zgodę na malowanie na ścianach, i takim sposobem w jednej klasie mamy dżunglę, w drugim afrykańską wioskę. Poza tym kolorowo robi się wokół budynku: kamienie w różnych odcieniach, środki dydaktyczne wyczarowane z pokrywek od wiaderek. Moje ukochane Laura Pre-school pięknieje z tygodnia na tydzień. Zdradzę wam, że uwielbiam chodzić wieczorami do przedszkola. Siadam sobie na kłodzie i wsłuchuję się w ciszę i chłonę duszę tego miejsca wspominając obrazy i przeżycia, których tu doświadczyłam do tej pory. 1 czerwca zorganizowaliśmy też dzieciakom Dzień Dzieci. Wybraliśmy się z tej okazji do 4 państw, poznaliśmy dzieci z 4 kontynentów (ze względu na braki białych grałyśmy z Ewą po dwie role. Ja byłam wróżką i Chińczykiem w jednym a Ewa – Polką i Indianką). Potem tańce, konkursy i wspólne video. Nasze Słodaski dostały po paczce popcornu (zostałam specjalistką od przygotowywania prażonej kukurydzy – 100 torebek w pół dnia) i lizaku. Impreza była wspaniała!!!!
W oratorium przeżyliśmy niedawno akcję „Ciuszek”. Dziękujemy za ubrania przysłane z Polski, z SOMU. Wszystko zostało przekazane potrzebującym. Dzieciaki bardzo się cieszyły z każdej rzeczy, nawet zbyt dużej czy za małej.
Tak czas pędzi szybko i niedługo trzeba będzie się spakować i pożegnać. Zanim to jednak nastąpi cieszę się Afryką, Mansą. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnio częściej wyprowadzają mnie z równowagi Musungu a nie Afrykańczycy. Chyba trzeba się zastanowić czy na pewno ze mną wszystko w porządku
No to się trzymajcie, piszcie. Post o Livingstonie i dalsza część puszkowa „is comeing” jak to mówią Afrykańczycy, więc czekajcie cierpliwie….
Humor misyjny – mam nadzieję, że Ewa mnie nie udusi za to.
W maju obchodziliśmy urodziny Ewy. Wymarzyła sobie na ten dzień ognisko. Oczywiście, jak to cała Ewa, przygotowania rozpoczęły się późnym popołudniem (w dzień urodzin). Na godzinkę przed wyznaczonym czasem spotkania (19,00) zajęłam się sałatką a Ewa organizowaniem śpiewnika i ogniska – w tym drugim dzielnie pomagała jej s. Celeste. Ewa pożyczyła nawet, grila bo stwierdziliśmy, że będzie wygodniej. Jak to Ewa, nie sprawdziła czy mamy czarko – węgiel drzewny. Tak, więc ok. 19 okazało się, że grill raczej nie wypali. Kilka minut po 19 wpadła zdyszana, że kiełbaski trzeba przygotować w piekarniku, bo za ogniskiem trzeba poczekać. Okazało się (niestety, wiem to tylko z opowieści s. Godlive i żałuję, że tego nie widziałam), że Ewa nazbierała liści od banana i to całkiem świeżych. Kiedy nie chciały się palić z pomocą pobiegła s. Celeste polewając liście naftą. Co z tego wyszło? Kupa dymu!!! I śmiechu!!! Kiedy całą akcję zobaczyła s. Godlive od razu wszczęła akcję ratowniczą, wydała odpowiednie polecenia przygotowania kiełbasek w piekarniku i poszukała odpowiedniego materiału, palącego się bez problemu – drewna!!! Do tej pory śmiejemy się, że jak ognisko to tylko z liści bananowca i przygotowane przez Ewę.
Wybrałam się w niedzielę na szkółkę niedzielną Anglikanów, prowadzoną przez jednego z koszykarzy, z którym gramy w każdą sobotę. Podczas gdy dorośli mają mszę on zajmuje czas dzieciom. Mieliśmy okazję wymienić się doświadczeniami pedagogicznymi i podzielić zabawami. Swoją drogą znalazłam w Mansie małych brązowych Słodasków, które nie wiedziały jak mam na imię i z zaciekawieniem dotykały mojej skóry. Nie często spotyka mnie to, gdyż przez naszą wioskę nie da się przejść niezauważonym i dookoła słychać Kasia i Ewa. Tak, więc wszyscy wkoło wiedzą, kto się na spacer wybrał i nasi oratorianie czy przedszkolaki nie dziwią się już widokiem musungu. Bawiło mnie, kiedy po kryjomu szybko dotykały mojej ręki i śmiały się. Przy okazji spotkałam tam jedną z naszych dziewczynek z przedszkola - Faith. Oczywiście przyszła się przywitać i kiedy tak przymilała się do mnie do akcji wkroczył jej tata. Przywołał córkę do porządku, i poprosił żeby nie przeszkadzać madam. W odpowiedzi usłyszał – Father is not madam is teacher Kasia from preschool. Oboje zaczęliśmy się śmiać i tato przyszedł przywitać się. W poniedziałek nauczycielka pytała dzieci, jaki był dzień wczoraj i kto był w kościele. Dzieci krzyczały - me, me!!! Nagle w klasie padła odpowiedź z ust Faith - teacher Kasia!!! Nieformalnie, zatem zostałam przyjęta do rodziny kościoła anglikańskiego.
To tak żeby Wam nie było smutno!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)