piątek, 5 lutego 2010
Internet
Przepraszam za opóźnienia ale internet jest iście afrykański. Idzie panono, panono czyli bardzo powoli. Juz od 5 dni probuje wrzucic cokolwiek na bloga czy odpisac na maile!!!!
Witajcie,
Cieszę się bardzo, że zauważyliście moją ostatnią nieobecność na blogu, znaczy, że czytacie. Teraz przynajmniej wiecie jak się czuję jak wy nie piszecie maili czy komentarzy. W sumie to dlaczego tylko ja mam się starać
No dobrze od początku. Ostatnio pisałam o Nowym Roku i kolejnych rekolekcjach milczenia na placówce Otóż, kiedy tylko siostry wyjechały zaczęło się urwanie głowy. Tu ktoś pyta o egzaminy klas 7, tam chcą płacić za mundurki, nauczycielki z przedszkola wołają śniadanie, w szkole nauczyciele potrzebują jakieś listy, o których nawet nie słyszałam. A wszystko to komunikują w bemba, z którego znam tylko 7 słów. O ludzie, to był bardzo pracowity tydzień, już nawet nie chodziłam tylko biegałam po naszej posesji. Kiedy wykończona padałam wieczorem na łóżko dziękowałam Bogu, że to tylko tydzień z mojej kariery przełożonej konwentu. Pracowitość jednak popłaca. W piątek telefon – „Pierz ubrania i pakuj się lecisz do Kenii”. To wszystko, co powiedziała siostra Zofia. Myślałam, że chociaż po Jej przyjeździe dowiem się czegoś więcej, ale siostra nie mogła otworzyć maila i w sumie to do samego końca była to dla mnie wielka niespodzianka. Teraz znacie już przyczynę mojego milczenia. Jest nią prawie dwutygodniowa nieobecność w Mansie. I nie myślcie sobie, że to były wakacje!!!! To był „wyjazd – właściwie to wylot służbowy” i to prawie zupełnie darmowy Kosztował mnie tylko wizę 20$ no i drobne zakupy w Kenii
Jakoś tak Pan wszystko zorganizował, by ustrzec mnie przed transportem publicznym. Do Lusaki dotarłam z księdzem Michałem, który akurat jechał a wróciłam z księdzem Cześkiem, który akurat wracał. Co prawda w drodze powrotnej zajęłam miejsce jednego z księży, który niespodziewanie zachorował nagle na malarię, ale to już nie moja zasługa W ogóle śmieję się ostatnio, ze jestem wybrana przez Pana. W Lusace strasznie pogryzły mnie moskity. Miałam chyba z 500 kropek na obu nogach. Byłam pewna malarii ale na razie Bóg daje zdrowie
Kenia. Ta niespodzianka w Nairobi to spotkanie poświęcone wolontariatowi w Afryce. W meetingu uczestniczyli wolontariusze i księża misjonarze m.in. z Angoli, Zambii, Zimbabwe, Ghany, Sudanu czy RPA. Myślę, że ważne miejsce zajmowali lokalni księża pracujący z salezjanami na placówkach misyjnych. W spotkaniu wzięło udział dwóch lokalnych wolontariuszy, w tym jeden z Zambii, który zna wiele słów po polsku. Śmieliśmy się zatem, że Patric jest w połowie polskim wolontariuszem. Jeżeli chodzi o polską ekipę to Piotr reprezentował Zimbabwe (jest z mojej formacji), Lucyna i ja Zambię a Andrzej, którego poznałam na miejscu, bo jest z ośrodka krakowskiego – Ghanę. Oczywiście był też Polak reprezentujący Rzym czyli ks. Stanisław Rafałko. Na program spotkania składały się konferencję z zakresu charyzmatu salezjańskiego czy ewangelizacji. Niektóre tematy bardzo znane, niektóre ciekawe inne nudne na tyle że można książkę skończyć – wiadomo jak to jest z konferencjami. Była również praca w grupach, która dawała możliwość bliżej komunikacji uczestnikom. Jakoś tak zawsze brakowało czasu na poruszenie wszystkich zagadnień, które nam dawano
Co mnie zaskoczyło? Dobre jedzenie, myślę, że udało mi się nadrobić 4 stracone w Mansie kilogramy, moja otwartość na innych zwłaszcza, że nadal nie śmigam w angielskim najlepiej – chociaż udało mi się nawet przygotować modlitwy wieczorne po angielsku obecność Kasi Wnuk w Nairobi – tutaj pragnę podziękować za przemiłe przyjęcie i przenocowanie nas, wyposażenie mnie w nowe kolczyki, i imprezę pożegnalną po której chorowałam cały dzień. Byłam też zaskoczona pogodą. Było bardzo zimno jak na Afrykę. Pierwszy raz w Afryce udało mi się założyć skarpetki i to w ciągu dnia (nie mówię już o nocach, gdzie trzeba było ciepły koc wyciągnąć) i bluzę na długi rękaw.
Co mnie zszokowało? Muzyka amerykańska w taksówce w Kenii (u nas mamy wkoło zambijską, gdzie się nie ruszysz), że namówiono mnie do pocałowania żyrafy i to prawie z „języczkiem” co widać na załączonym obrazku, ale przede wszystkim rzeczywistość slumsów kenijskich. W drugim dniu wybraliśmy się na „wycieczkę” po slumsach. Widok straszny, aż trudno uwierzyć, że można żyć w takich warunkach. Nie będę opisywała w szczegółach wszystkich moich wrażeń i odczuć, bo przeżywałam już to wszystko raz i nie chcę wracać póki co. Byłą to jednak niezwykłą konfrontacja z rzeczywistościa opisywaną w książce „Siostra Emmanuelle”, którą właśnie czytam i polecam. Ta to musiała być nieźle „szurnięta” przez Bożą Łaskę.
Co mnie ucieszyło? Mam kolejnych znajomych w Malawii, Zambii czy Ghanie; komentarz że mam bardzo ładny głos jak śpiewam i tańczę lepiej jak niejedna Afrykanka (i to powiedział ksiądz Afrykańczyk!!!). W końcu całe spotkanie mówiłam wszystkim, że jestem Zambian from Mansa Największą radością było spotkanie z o. Pawłem po powrocie do Lusaki, który mimo zmęczenia ofiarował mi kilka cennych minut na rozmowę i żale.
Co mnie dręczyło? Tęsknota za dzieciakami i co niektórymi przyjaciółmi i to, że nie mogę wysłać tradycyjnie już wieczorem smsa do mojego przyjaciela czy do domu (zwłaszcza, że moja mamcia miała urodziny. Mamuś pamiętałam, tylko nie miałam jak wysłać Ci życzeń!!!!!)
Spotkanie, zatem uważam za udane, dało wiele radości, śmiechów szaleństw, zwłaszcza dwa dni spędzone w gronie typowo polskim. Można było też, choć trochę odpocząć i wypić kawę w jakimś cywilizowanym miejscu na mieście Udało się też zorganizować pierwszą polską Mszę Świętą w Afryce i to prawie multimedialną, ze względu na brak polskiego mszału, zobaczcie sami na zdjęciu. No cóż dobry misjonarz poradzi sobie w każdej sytuacji.
Czas jednak wracać już do opisywania codziennych obowiązków. Wróciłam do przedszkola i do oratorium. Wszyscy oczywiście pytali jak wycieczka i że bardzo się cieszą, że mnie widzą Nowe siostry sprawują się na razie na 5. Kongolijka, s. Godlive pracuje w Centrum i dobrze gotuje. Ma też niesamowite poczucie humoru i ciągle mi powtarza, że za mało jem. Sama jest 3 razy taka jak ja, nawet może 3,5. S. Anet – Zambijka- pomaga w przedszkolu i oratorium. Zwłaszcza w oratorium jest bardzo przydatna. Widać już pewne zmiany. Prowadzi formacje dla liderów, których mamy już chyba z 12, mają nawet swoje identyfikatory. Udaje nam się nawet od czasu do czasu wpaść z gromadą wrzeszczącej „kapenty” (tak nazywam dzieciaki, kapenta to malutkie suszone rybki) do Centrum i skorzystać z prawdziwego boiska do piłki. Mamy nawet zaproszenie by przychodzić częściej i korzystać z środków Centrum, tylko nie wiem czy father Michael o tym wszystkim wie
Pogoda? Już od kilku dni nie pada, i grzeje strasznie, że aż się wychodzić z domu nie chce. Tak, więc ledwo zipiąc czekam na infulę – deszcz.
Następnym razem napiszę za tydzień, bo mam tu teraz takie małe wyciszenie tygodniowe, co by myśli w głowie poukładać. Za dużo się dzieje wokół, za dużo pytań i sprzecznych informacji.
Zapomniałam napisać, że jedna z liderek Charity zauważyła ostatnio u mnie „białe” włosy. Tak więc siwych włosów coraz więcej. Już sama nie wiem, czy to od słońca czy ze stresu.
Korzystając z okazji składam życzenia urodzinowe Ewuni z Wańkowicza, która w lutym kończy dwadzieścia kilka lat. Ewuniu wiesz, czego ci życzę…tego pierścionka!!!!
Pamiętam o tych, którzy mają sesję i ferie. Tęsknie za Wami!!!!!!!
W nagrodę mam dla Was bajkę, którą ułożyła moja kochana Amelka z przedszkola w Olsztynie:
Dawno, dawno temu na biegunie mieszkał sobie w igloo z mamą i z tatą bałwanek, który miał na imię Mikołaj. Chciał bardzo pojechać do Afryki ale mama mówiła mu codziennie tak: "nie jedź do Afryki bo tam jest bardzo gorąco i możesz się rozpuścić". Ale Mikołaj był bardzo uparty i postanowił wymyślić jakiś sposób, żeby dojechać do tego gorącego kraju i się nie rozpuścić. Postanowił przepłynąć przez ogromny ocean w lodówce. I tak Mikołaj dzięki swojej pomysłowości zobaczył żyrafy, słonie i piasek na pustyni. Pozdrawiam Amelka.
Przesyłam tysiąc promieni słonecznych do zimowej Polski.
Witajcie,
Cieszę się bardzo, że zauważyliście moją ostatnią nieobecność na blogu, znaczy, że czytacie. Teraz przynajmniej wiecie jak się czuję jak wy nie piszecie maili czy komentarzy. W sumie to dlaczego tylko ja mam się starać
No dobrze od początku. Ostatnio pisałam o Nowym Roku i kolejnych rekolekcjach milczenia na placówce Otóż, kiedy tylko siostry wyjechały zaczęło się urwanie głowy. Tu ktoś pyta o egzaminy klas 7, tam chcą płacić za mundurki, nauczycielki z przedszkola wołają śniadanie, w szkole nauczyciele potrzebują jakieś listy, o których nawet nie słyszałam. A wszystko to komunikują w bemba, z którego znam tylko 7 słów. O ludzie, to był bardzo pracowity tydzień, już nawet nie chodziłam tylko biegałam po naszej posesji. Kiedy wykończona padałam wieczorem na łóżko dziękowałam Bogu, że to tylko tydzień z mojej kariery przełożonej konwentu. Pracowitość jednak popłaca. W piątek telefon – „Pierz ubrania i pakuj się lecisz do Kenii”. To wszystko, co powiedziała siostra Zofia. Myślałam, że chociaż po Jej przyjeździe dowiem się czegoś więcej, ale siostra nie mogła otworzyć maila i w sumie to do samego końca była to dla mnie wielka niespodzianka. Teraz znacie już przyczynę mojego milczenia. Jest nią prawie dwutygodniowa nieobecność w Mansie. I nie myślcie sobie, że to były wakacje!!!! To był „wyjazd – właściwie to wylot służbowy” i to prawie zupełnie darmowy Kosztował mnie tylko wizę 20$ no i drobne zakupy w Kenii
Jakoś tak Pan wszystko zorganizował, by ustrzec mnie przed transportem publicznym. Do Lusaki dotarłam z księdzem Michałem, który akurat jechał a wróciłam z księdzem Cześkiem, który akurat wracał. Co prawda w drodze powrotnej zajęłam miejsce jednego z księży, który niespodziewanie zachorował nagle na malarię, ale to już nie moja zasługa W ogóle śmieję się ostatnio, ze jestem wybrana przez Pana. W Lusace strasznie pogryzły mnie moskity. Miałam chyba z 500 kropek na obu nogach. Byłam pewna malarii ale na razie Bóg daje zdrowie
Kenia. Ta niespodzianka w Nairobi to spotkanie poświęcone wolontariatowi w Afryce. W meetingu uczestniczyli wolontariusze i księża misjonarze m.in. z Angoli, Zambii, Zimbabwe, Ghany, Sudanu czy RPA. Myślę, że ważne miejsce zajmowali lokalni księża pracujący z salezjanami na placówkach misyjnych. W spotkaniu wzięło udział dwóch lokalnych wolontariuszy, w tym jeden z Zambii, który zna wiele słów po polsku. Śmieliśmy się zatem, że Patric jest w połowie polskim wolontariuszem. Jeżeli chodzi o polską ekipę to Piotr reprezentował Zimbabwe (jest z mojej formacji), Lucyna i ja Zambię a Andrzej, którego poznałam na miejscu, bo jest z ośrodka krakowskiego – Ghanę. Oczywiście był też Polak reprezentujący Rzym czyli ks. Stanisław Rafałko. Na program spotkania składały się konferencję z zakresu charyzmatu salezjańskiego czy ewangelizacji. Niektóre tematy bardzo znane, niektóre ciekawe inne nudne na tyle że można książkę skończyć – wiadomo jak to jest z konferencjami. Była również praca w grupach, która dawała możliwość bliżej komunikacji uczestnikom. Jakoś tak zawsze brakowało czasu na poruszenie wszystkich zagadnień, które nam dawano
Co mnie zaskoczyło? Dobre jedzenie, myślę, że udało mi się nadrobić 4 stracone w Mansie kilogramy, moja otwartość na innych zwłaszcza, że nadal nie śmigam w angielskim najlepiej – chociaż udało mi się nawet przygotować modlitwy wieczorne po angielsku obecność Kasi Wnuk w Nairobi – tutaj pragnę podziękować za przemiłe przyjęcie i przenocowanie nas, wyposażenie mnie w nowe kolczyki, i imprezę pożegnalną po której chorowałam cały dzień. Byłam też zaskoczona pogodą. Było bardzo zimno jak na Afrykę. Pierwszy raz w Afryce udało mi się założyć skarpetki i to w ciągu dnia (nie mówię już o nocach, gdzie trzeba było ciepły koc wyciągnąć) i bluzę na długi rękaw.
Co mnie zszokowało? Muzyka amerykańska w taksówce w Kenii (u nas mamy wkoło zambijską, gdzie się nie ruszysz), że namówiono mnie do pocałowania żyrafy i to prawie z „języczkiem” co widać na załączonym obrazku, ale przede wszystkim rzeczywistość slumsów kenijskich. W drugim dniu wybraliśmy się na „wycieczkę” po slumsach. Widok straszny, aż trudno uwierzyć, że można żyć w takich warunkach. Nie będę opisywała w szczegółach wszystkich moich wrażeń i odczuć, bo przeżywałam już to wszystko raz i nie chcę wracać póki co. Byłą to jednak niezwykłą konfrontacja z rzeczywistościa opisywaną w książce „Siostra Emmanuelle”, którą właśnie czytam i polecam. Ta to musiała być nieźle „szurnięta” przez Bożą Łaskę.
Co mnie ucieszyło? Mam kolejnych znajomych w Malawii, Zambii czy Ghanie; komentarz że mam bardzo ładny głos jak śpiewam i tańczę lepiej jak niejedna Afrykanka (i to powiedział ksiądz Afrykańczyk!!!). W końcu całe spotkanie mówiłam wszystkim, że jestem Zambian from Mansa Największą radością było spotkanie z o. Pawłem po powrocie do Lusaki, który mimo zmęczenia ofiarował mi kilka cennych minut na rozmowę i żale.
Co mnie dręczyło? Tęsknota za dzieciakami i co niektórymi przyjaciółmi i to, że nie mogę wysłać tradycyjnie już wieczorem smsa do mojego przyjaciela czy do domu (zwłaszcza, że moja mamcia miała urodziny. Mamuś pamiętałam, tylko nie miałam jak wysłać Ci życzeń!!!!!)
Spotkanie, zatem uważam za udane, dało wiele radości, śmiechów szaleństw, zwłaszcza dwa dni spędzone w gronie typowo polskim. Można było też, choć trochę odpocząć i wypić kawę w jakimś cywilizowanym miejscu na mieście Udało się też zorganizować pierwszą polską Mszę Świętą w Afryce i to prawie multimedialną, ze względu na brak polskiego mszału, zobaczcie sami na zdjęciu. No cóż dobry misjonarz poradzi sobie w każdej sytuacji.
Czas jednak wracać już do opisywania codziennych obowiązków. Wróciłam do przedszkola i do oratorium. Wszyscy oczywiście pytali jak wycieczka i że bardzo się cieszą, że mnie widzą Nowe siostry sprawują się na razie na 5. Kongolijka, s. Godlive pracuje w Centrum i dobrze gotuje. Ma też niesamowite poczucie humoru i ciągle mi powtarza, że za mało jem. Sama jest 3 razy taka jak ja, nawet może 3,5. S. Anet – Zambijka- pomaga w przedszkolu i oratorium. Zwłaszcza w oratorium jest bardzo przydatna. Widać już pewne zmiany. Prowadzi formacje dla liderów, których mamy już chyba z 12, mają nawet swoje identyfikatory. Udaje nam się nawet od czasu do czasu wpaść z gromadą wrzeszczącej „kapenty” (tak nazywam dzieciaki, kapenta to malutkie suszone rybki) do Centrum i skorzystać z prawdziwego boiska do piłki. Mamy nawet zaproszenie by przychodzić częściej i korzystać z środków Centrum, tylko nie wiem czy father Michael o tym wszystkim wie
Pogoda? Już od kilku dni nie pada, i grzeje strasznie, że aż się wychodzić z domu nie chce. Tak, więc ledwo zipiąc czekam na infulę – deszcz.
Następnym razem napiszę za tydzień, bo mam tu teraz takie małe wyciszenie tygodniowe, co by myśli w głowie poukładać. Za dużo się dzieje wokół, za dużo pytań i sprzecznych informacji.
Zapomniałam napisać, że jedna z liderek Charity zauważyła ostatnio u mnie „białe” włosy. Tak więc siwych włosów coraz więcej. Już sama nie wiem, czy to od słońca czy ze stresu.
Korzystając z okazji składam życzenia urodzinowe Ewuni z Wańkowicza, która w lutym kończy dwadzieścia kilka lat. Ewuniu wiesz, czego ci życzę…tego pierścionka!!!!
Pamiętam o tych, którzy mają sesję i ferie. Tęsknie za Wami!!!!!!!
W nagrodę mam dla Was bajkę, którą ułożyła moja kochana Amelka z przedszkola w Olsztynie:
Dawno, dawno temu na biegunie mieszkał sobie w igloo z mamą i z tatą bałwanek, który miał na imię Mikołaj. Chciał bardzo pojechać do Afryki ale mama mówiła mu codziennie tak: "nie jedź do Afryki bo tam jest bardzo gorąco i możesz się rozpuścić". Ale Mikołaj był bardzo uparty i postanowił wymyślić jakiś sposób, żeby dojechać do tego gorącego kraju i się nie rozpuścić. Postanowił przepłynąć przez ogromny ocean w lodówce. I tak Mikołaj dzięki swojej pomysłowości zobaczył żyrafy, słonie i piasek na pustyni. Pozdrawiam Amelka.
Przesyłam tysiąc promieni słonecznych do zimowej Polski.
środa, 20 stycznia 2010
1%
Kochani jak nie wiecie co zrobic z 1% ja chętnie przyjmę wszystkie grosze jakie macie i razem mozemy wyposarzyć rzedszkole w Mansie w potrzebne zabawki i pomoce. Czekam na każdy grosik.
Stowarzyszenie Oratorium im. Św. Jana Bosko
i nr KRS - 0000151263
bardzo ważne by wpisać cel: ZAMBIA
w przeciwnym razie ks. Bozik nie odda mi kasy:)
W najbliższym czasie relacja z wyprawy na sympozjum do Kenii. Póki co żyje!!!!!!
Stowarzyszenie Oratorium im. Św. Jana Bosko
i nr KRS - 0000151263
bardzo ważne by wpisać cel: ZAMBIA
w przeciwnym razie ks. Bozik nie odda mi kasy:)
W najbliższym czasie relacja z wyprawy na sympozjum do Kenii. Póki co żyje!!!!!!
niedziela, 3 stycznia 2010
Na pasterkę w sandałach
Od czego zacząć? Tyle znów wrażeń, tyle przeżyć!!! No dobrze, od początku. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia!!!! Są takie radosne!!!! Zwiastują nam nowe życie!! Czuję się jakbym została matką. To chyba dobry znak, że Maleńki Jezus przyszedł do mojego serca
Wigilia w tym roku była zupełnie inna niż zawsze. Od kilku lat wyglądała ona tak samo. Do południa w pracy, potem szybko na pociąg do domu. Nie interesowało mnie przygotowanie niczego, zajmowała się tym mama, podczas, gdy ja spędzałam ten czas w pociągu. Wieczorem kolacja, prezenty. Już nawet na pasterkę nie miałam siły. W tym roku zupełnie inaczej. Od rana strojenie kaplicy. Siostra Zofia zostawiła mi materiały, chwilkę podumałyśmy razem nad ideą przewodnią i pojechała do miasta. Ja usiadłam i westchnęłam: Duchu Święty, od czego zacząć? Na efekty długo nie czekałam. Zobaczcie sami na zdjęciach naszą kaplicę. A dzieciątko Jezus jest aż z Ziemi Świętej. Potem trzeba było przygotować małą choinkę z gałęzi sosny przyniesionych od Fatherów. Wycięli chyba wszystkie choinki, jakie mieli w ogrodzie do dekoracji holu i kościoła. Jedna z nich ma ze 4m wysokości. Jest olbrzymia. Śmiejemy się teraz, że w holu młodzież ma las. Potem należało w końcu się wziąć za robienie pierogów. Przyznam, że przepis na ciasto pierogów od Pani Basi z przedszkola jest rewelacyjny. Pierogi wyszły wyśmienite. Całe święta zajadałam się nimi. W tym wszystkim zapomniałam wypatrywać pierwszej gwiazdki. To wszystko przez to, że Mikołaj przyszedł do południa. Tak w samą wigilię odebrałam kolejną paczkę niespodziankę z Olsztyna. A w niej, ach cały zapas herbatek i kawki. I zapach polskich świąt w jednej z herbat!!! I przepiękne słowa. Dziękuję kobitki. Wieczorem za to kolejna niespodzianka. Telefon z Polski. Gosieńko tak na sercu się zrobiło cieplutko, kiedy cię usłyszałam, choć przyznam przez pierwsze 2 min zastanawiałam się, kto to dzwoni (numer mi się nie wyświetla). Jak dobrze mieć przyjaciół!!!
Wieczorem o 19 Msza Święta, która ze względu na dużą liczbę osób odbywa się zawsze w holu. Msza Oczywiście w języku bemba ale co tam, i tak każdy wie co się na świecie tego dnia dzieje. Były tańce, śpiewy chóru, a zamiast kazania przedstawienie narodzin Jezusa w wykonaniu młodzieży. Co prawda strasznie długie, a to przez scenę spisu ludności do której przyszło chyba „połowę Mansy”. Śmiałam się w duchu, że skończymy przedstawienie na Męce Pańskiej, ale na szczęście wszystko miało finisz na Narodzinach Jezusa.
Po Mszy, która trwała 4 godziny wpadłam jeszcze do sióstr na barszczyk i pierogi. Tego dnia nie było kolacji wigilijnej jak zawsze, nie wręczaliśmy prezentów jak zawsze (na wzór angielski robiliśmy to w pierwszy dzień świąt), nie było pasterki o 24 jak zawsze, ale za to było Boże Narodzenie w Afryce – jak nigdy.
Pierwszy dzień świąt był bardzo rodzinny. Fatherki przyszli na obiad i razem spędziliśmy popołudnie w radosnej atmosferze. W końcu można było rozdać prezenty. Uwielbiam robić niespodzianki. Ja za moje giftsy dostałam od każdego po buziaku. To był też dzień łączności z Polską, do telefonu ustawiła się cała kolejka rodzinna zebrana na obiedzie u babci. Jak miło było usłyszeć najbliższych, będąc tak daleko od domu.
Drugi dzień świąt jest tutaj dniem powszednim, dlatego kościół nie pękał w szwach. W niedzielę 27 udałam się z naszą młodzieżą do Lufubu. Odbyło się tam spotkanie młodzieży z 3 miejscowości. Niezwykłe doświadczenie, bardzo cieszę się, że mogłam obserwować rozwój duchowy młodych. Byłam zaskoczona poziomem spotkania. Codziennie o 6.30 Msza Święta, potem konferencje, spotkania w grupach, wieczorami czas na zabawę. Drugi dzień spędziliśmy nad pięknym wodospadem, najpierw wsłuchując się w Słowo Boże potem na kąpieli i pikniku. Przyznam, że miałam obawy, co do kuchni gotowanej na wodzie z rzeki, ale póki, co żyję. Kąpiel była z podziałem na grupy: chłopcy i dziewczęta. A to ze względu na to, że młodzi Afrykańczycy, czy tańczą, czy się kąpią myślą tylko o jednym…Pierwszy raz też odważyłam się jechać na otwartej przyczepie ciężarówki - FUSO, co wzbudziło zdziwienie i radość młodzieży. Momentami serce biło jak szalone ze strachu, ale przez całą drogę miałam obok mojego ochroniarza, który dobrze mnie trzymał. Podczas pobytu w Lufubu postawiłam na integrację międzykulturową i jadałam z młodzieżą. Co prawda mój żołądek odchorował zbyt dużą ilość nshimy ale i tak warto było. Wyjazd ten był także okazją do spotkania chyba z większością polskich misjonarzy, jacy pracują obecnie w Zambii, a to wszystko przez zmiany, które teraz się tu dokonują. Poza tym wieś zawsze dobrze robi na zmęczone ciało i duszę, a taka weranda, jaka jest na placówce w Lufubu w ogóle dodaje radości człowiekowi.
Czas spędzony z młodymi pozwolił mi także poznać niektórych z nich, gdyż, na co dzień nie pracuję z nimi. Miło było posłuchać o marzeniach i aspiracjach, które nigdy pewnie się nie spełnią w tym państwie. Każdy pyta też o Polskę, jak wygląda życie, jak wygląda Polska?
Sylwester zapowiadał się spokojny i nudny. W planach było przespanie Nowego Roku, ale jakoś tak nie wyszło. Nasza młodzież miała swoją imprezę w holu. Jak już poszłam z siostrą Zofią na chwilkę to wróciłam o 6 rano. Spotkanie rozpoczęło się modlitwami, medytacją nad Pismem Świętym. Potem był czas na podziękowania i pożegnania sióstr Chandy i Chisangi. Wszystkie grupy parafialne tanecznym krokiem wręczały prezenty i podziękowania. Największy aplauz zdobył taniec brata Stefana Oczywiście nie zabrakło występu moich ukochanych chłopaków, z Kasokolo – grupy akrobatyczno - tanecznej. Po występach obowiązkowo jedzenie. Była moja ulubiona kachesha. No a potem błogosławieństwo ks. Michała i wielka radość, na którą nie mogłam się napatrzeć. Wszyscy, co chwila przybiegali i ściskali mnie życząc dobrego roku. Tańcom i szaleństwu nie było końca. Wytańcowałam się za cały rok O 4 rano miała być Msza Święta. Poszłam chwilę wcześniej, żeby odmówić nieszpory. Ta chwila przerodziła się w godzinę. Jak to w Afryce bywa, nikt się nigdzie nie śpieszy. Przyznam, że już dawno nie miałam tak długiej medytacji nad swoim życiem, minionym rokiem, Słowem Bożym. Przerywana była ona chwilami snu, kiedy już nie potrafiłam zapanować nad swoim ciałem. Msza rozpoczęła się o 5. Najzabawniejszy był moment przekazania pokoju, bo gdy rozejrzałam się dookoła większość młodych spała na ławkach Pełna ufności i wiary w to, czym Bóg obdarzy mnie w Nowym Roku popatrzyłam na wschodzące słońce, zgasiłam światła w przedszkolu i szkole i poszłam spać. I tak przespałam prawie cały Nowy Rok, z przerwami na lunch i krótką wizytę u fatherów.
Święta świętami, a tu powoli trzeba wracać do pracy. Znów zostałam przełożoną na tydzień, bo siostry w stolicy, Ewa wraca z wakacji, dzieciaki dopytują, kiedy otwieramy oratorium, wszystko wraca do normalności. Tylko te zmiany wokół wprowadzają niepokój, jakoś tak brakuje siostry Mory, w sercu ciągła walka o to, co dalej!!!
Życzę Wam w Nowym Roku odwagi w spełnianiu pragnień i walce o swoje marzenia!!!!
PS. Muszę Wam się pochwalić moim nowym przyjacielem. Imienia jeszcze nie zdradzę, ale każdego dnia dziękuję Bogu za tych, których stawia na mojej drodze. To jest niesamowite, kiedy tylko pojawia się zmartwienie, trudność, pojawia się też nowa osoba w moim życiu, która dzieli ze mną ten trud.
środa, 23 grudnia 2009
Orędzie na Święta Bożego Narodzenia
Kochani,
Jak piszecie o śniegu, mrozie dopiero uświadamiam sobie, że to grudzień. Pewnie pomyślicie teraz, że zachowuję się jak bym była w Afryce od 15 lat i nie pamiętała już polskich zim!!!! Naprawdę można tu zapomnieć o śniegu
Wszyscy mi piszą, że to pewnie będą smutne święta, bo z dala od rodziny, kraju…Ja jednak mam nadzieję, że będą to święta wyjątkowe. Od wielu lat myślałam o misjach i w tym roku spełniło się moje wielkie pragnienie. Jestem w Afryce. Dowiedziałam się już, że nie ma tu kolacji wigilijnej, pasterki (jest Msza Święta wieczorna). W pokoju nie będzie stała choinka a ja nie usiądę do kolacji z moją rodziną. Będę jednak z ludźmi, do których Bóg mnie posłał. Cały czas pytam, czemu Afryka? Przecież chciałam do Albanii! Myślę, że przeżywając Boże Narodzenie w państwie, gdzie każdego dnia rodzą się setki, tysiące małych, brązowych (po urodzeniu podobno różowych) słodasków, gdzie na każdym kroku spotykasz radosne uśmiechy, gdzie nie przejdziesz 1m żeby Cię ktoś nie złapał za rękę, znajdę odpowiedź. Zazwyczaj wyrzeczenia sprawiają ból, przykrość, smutek. Myślę jednak, że moje wyrzeczenie się Świąt z rodziną w Polsce nauczy mnie jak kochać wielką miłością. „Bo gdy chodzi o kochanie wielką miłością, nie liczy się to, jak wiele dajemy, ale jak wiele miłości wkładamy w dawanie” (M. Teresa).
Najprawdopodobniej są to moje pierwsze i ostatnie święta w Afryce. Będę je ofiarować właśnie za Was, tych co zostawiłam w Polsce by potrafili zrozumieć moje decyzje, by potrafili dawać siebie innym, by dzielili się radością z tymi, którzy jej nie mają. Przecież to tak niewiele.
„Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam radość wielką…narodził się wam Zbawiciel”. Dla mnie najważniejsze jest nie to, gdzie czy z kim spędzam święta tylko odnalezienie wielkiej RADOŚCI w moim sercu w tych dniach, którą zgubiłam gdzieś w Polsce i dzielenie się nią z tymi, których Bóg postawił w tym czasie na mojej drodze (może uda mi się wyczarować, choć mały uśmiech na twarzach naszych fatherów – Smutasów za płotem).
Analizując wydarzenia z mojego życia uświadomiłam sobie jak wielką wiarę i ufność mam do Boga. Za każdym razem, kiedy mnie sprawdzał, czasem bardzo boleśnie, potrafiłam powiedzieć tak. Zdałam sobie jednak też sprawę jak mało czasu, uwagi Mu poświęcałam. Dałam Mu swoje ręce, ale chyba nie do końca oddałam Mu swoje serce. Zawsze czekałam, aż zapyta mnie wcześniej o moje zdanie. Teraz pozwalam Mu się posługiwać mną bez wcześniejszego pytania czy może.
Na ten nadchodzący czas wielkiej Radości życzę Wam byście oddawali się Bogu bez pytania was o zdanie, byście w swoich sercach odnajdywali wielką wiarę i ufność w Opatrzność Bożą, byście potrafili przyjąć w dniu Bożego Narodzenia Chrystusa, który przychodzi maleńki, bezradny i spragniony wielkiej miłości. Oddajcie Mu nie tylko wasze ręce, ale też i wasze serca.
PS. Od kiedy jestem w Zambii dostaję ciągle jakieś prezenty z Polski w postaci: Spodziewamy się dziecka!!!
Ostatnio dostałam kolejnego i proszę przystopujcie, bo jak wrócę populacja Polski wzrośnie o połowę. Tak bardzo cieszy mnie wiadomość o każdym kolejnym nowym życiu wśród moich znajomych. Chyba zmienię preferencje i zostanę świętą nie od umęczonych nauką, ale od stanu błogosławionego.
Pamiętajcie o mnie przy stole wigilijnym i wypijcie w mojej intencji filiżankę barszczyku!!!!!!
Święta
„Jezus zawsze przychodzi na świat przez człowieka. Kiedy spotykamy się z Bogiem, to po to, aby wprowadzić Jezusa w swoje życie i podać Go ludziom”.
To już jutro!!!! Nie mogę się doczekać. Uwielbiam święta Bożego Narodzenia. Jeszcze rok temu, nie byłam pewna, przekonana czy spędzę je w Polsce, czy gdzieś na misjach, a już na pewno nie spodziewałam się ich w Afryce.
Ach… Od dwóch dni słucham kolęd, które dostałam z Olsztyna. Moja szopka na ścianie przygotowana, serce też już czeka, chociaż z tym drugim nie było tak łatwo. Trzeba było powalczyć trochę, ale gdyby było zbyt łatwo, nie byłoby wielkiej radości. Im większe trudy, tym większa radość.
Prezenty już popakowane. Wczoraj z siostrą Zofią zrobiłyśmy ostatnie zakupy. Wypadało oczywiście zakupić nową bluzeczkę na święta, kolor odpowiedni do moich nowych turkusowych kolczyków. Tym bardziej, że do portfela wpadło niespodziewanie trochę kwacza.
Pozostało przygotowanie ciasta i pierogów z kapustą i grzybami. Kolejny sprawdzian!!! W obu będzie debiut. Trzeba by jeszcze zajrzeć do brata Stefana i wybadać, co piecze na święta. Mam nadzieję, że będzie szare ciasto, które wychodzi Mu wspaniale, prawie jak mojej babci.
Jutro czeka mnie jeszcze przygotowanie z siostrą Zosią kaplicy. Po południu dzieciaki z parafii będą przedstawiały jasełka, więc pewnie zajrzę do nich a wieczorem, 19:00 - Pasterka.
Trzeba jeszcze wysłać ostatnie maile by w święta komputer mógł odpocząć.
Wszystko zgodnie z planem, tylko nadal nie ma śniegu…
Wczoraj za to dostałam dwa prezenty prosto z niebios. Bóg to wielki Artysta, nigdy nie widziałam czegoś równie pięknego.
Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie wielkie, kłębiaste biało - szare chmury na styku nieba z ziemią. Z tych wielkich baranów wynurza się przepiękny kawałek szerokiej, jakże kolorowej tęczy. Tęcza ma swój początek, ale nie ma końca. Jakby Artysta zastanawiał się, Jakich kolorów jeszcze użyć? Gdzie zrobić koniec tej kawalkadzie odcieni?
Wieczorem inny kaprys…Zachodzące słońce. Wokół szaro, lekko sączy się deszcz a na Zachodzie – cud natury. Niebo mieni się kolorami, których w Polsce zobaczyć chyba nie można. Schowane za chmurami Słońce maluje swoimi promieniami przestrzeń przed sobą to na różowo, w lekkim pomarańczu, trochę czerwieni ceglastej i jakże piękny turkus do koła. Widać siłę w tej żółtej, rozpalonej żarem gwieździe. Próbuje przedrzeć się przez ogromne biało-szare obłoki swoimi promieniami. Co jakiś kawałek znajduje miejsce, by przebić je dalej, przed siebie. Promienie, którym udało się wydostać na zewnątrz tworzą jak by świetlisty pas startowy. Wielkie, długie, jasne smugi padają na Ziemię, by zachwycać, cieszyć, zastanawiać.
Tego chyba nie można sobie wyobrazić, to trzeba zobaczyć.
Myślę, że niebo też przygotowuje się na nadejście Wielkiej Miłości w Małym Dzieciątku!
No cóż Kochani, to ostatnie słowa przed świętami. Pewnie wszyscy już siedzicie w domkach, pieczecie serniki (oj, tego chyba będzie mi brakować), makowce, smażycie rybki i obieracie buraczki na barszczyk.
Moje święta będą inne, będą wyjątkowe, będą w Afryce.
Kasik
Radosnych Świąt!!!! Przede wszystkim radosnych!!!!
PS. Na zdjęciu mój wystrój świąteczny i dwa „małe” grzybki świąteczne.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Mały brązowy kartonik
10:00 Jest jakaś przesyłka do odebrania. Po lunchu pojedziemy na pocztę, bo musisz się stawić osobiście – powiedziała dziś siostra Zofia.
- Ciekawe od kogo, pewnie z domu dotarła, zamyśliłam się z uśmiechem na twarzy.
14:54 – odbiór paczki wiąże się z wypełnieniem protokołu. Kiedy urzędnik mi go podał zaśmiałam się „I need 2 days” chyba nie zrozumiał żartu bo jego mina była nadal bardzo poważna. Mały brązowy kartonik. Sprawdzam nadawcę? Ks. Piotr Boziński. Pierwsze zaskoczenie: prosiłam o przesłanie mi do Mansy ks. Piotra, jak on się zmieścił w taki mały kartonik? Drugie zaskoczenie: ktoś z Olsztyna pisał mi ostatnio, że paczka pewnie dojdzie na Wielkanoc, a tu proszę jest pierwsza!!!!
15:00 – paczka i ja w samochodzie. Otworzyć czy nie, może poczekam jak wrócimy. Siedzę w samochodzie i czekam na siostrę załatwiającą sprawy samochodu. W międzyczasie piszę smsa do Bozika, że paczuszka trafiła do Mansy. Po odmówieniu Koronki nie wytrzymałam. Pod pretekstem sprawdzenia czy paczka nie była otwierana i przeszukiwana wzięłam się za jej penetrację. Po zerwaniu 10 warstw taśmy (no może przesadziłam), panono (powoli) odchylam wieczko.
Nie będę opisywała całej radości, co chwila moja ręka sięgała do kartonika i wyczarowywała kolejne niespodzianki. Jak by kartonik nie miał dna!!! Po powrocie do domu jeszcze raz odtworzyłam rytuał otwierania przesyłki, tym razem bez zrywania taśm.
No dobra, od czego zacząć. Dziękuję za pamięć. Wszystkim!!! Najpierw przedstawię swoje żale a potem radości. Niestety nie udało mi się znaleźć Bozika w środku. Mam, zatem podejrzenia, że paczka jednak była przeszukiwana i nie przeszedł On przez cło. Mam tylko nadzieję, że odesłali Go na Gutkowo.
Dostałam kolejny opłatek. Mam go teraz tyle, że mogę zostać tu jeszcze z 5 lat. Ufam, że nie ma w tym żadnych tego rodzaju podtekstów.
Teraz radości. Dziś myślałam o tym, by sprawić sobie nową torebkę i co? Mikołaj się postarał. Mam piękną pomarańczową torebkę, o jakiej marzyłam, od Martynki.
Pomyślałam też dziś o tym, że przydałyby się jakieś nowe książki, bo czasu ostatnio dużo a w biblioteczce już kończą się bestsellery. Mikołaj też chyba to słyszał, bo podrzucił mi dwie, myślę, że ciekawe pozycje. Jedną co prawda się przeraziłam po przeczytaniu tytułu. Zaczęłam się zastanawiać, czy chcecie mnie tu w habit ubrać, ale po przeczytaniu skrótu na okładce uspokoiłam się. Druga o miłości. Jak się z nią zapoznam to będę kochać wszystko co się rusza, ma nogi i ręce i uśmiecha się do mnie. Dziękuję dziewczęta za czytadła.
Kolczyki są cudowne no i w moim kolorze. Na Wielkanoc poroszę bransoletkę do kompletu. Właśnie rozglądałam się za jakimiś nowymi Będą pasowały do mojej turkusowej spódnicy, która mam nadzieję dojdzie w paczce.
Coś na ząbek. Polski rosołek instant. Odłożyłam go na obiad świąteczny:) Herbatka „Serce Matki” Agatko, chyba kontaktowałaś się z o. Pawłem, który zauważył, że zachowuję się jak Matka Polka, bo martwię się o wszystko i wszystkich. No cóż, moje serce jest otwarte dla wszystkich. Jeszcze nie próbowałam, ale pięknie pachnie!!!!! Dziękuję też za piękną kartkę od Rodzinki. Chociaż nie ukrywam, że zrobiliście mi jeszcze lepszy prezent ostatnim mailem. Weronika dzięki za życzenia, jak tylko wrócę do oratorium pokażę dzieciakom kartkę od Ciebie i przetłumaczę im na bemba
Milenko, nawet nie wiesz jak chciałam mieć chwyty do kolęd. Mam już niewiele czasu i widzę, że większość jest z tych co znam, więc może uda mi się zagrać coś w święta. Gratuluję magistra.
Aniu dziękuję za melisę, przyda się, białe piórko…I tylko wiesz co, z tą żabką jest chyba coś nie tak. Całuje i całuję i nic…Ciągle zielona i uśmiechnięta…Napisałaś, że może coś z tego będzie, ale ja nie wiem co…
A Mała Tereska też dotarła. Jeszcze trochę i będę miała chyba wszystkie obrazki, na jakich ją nadrukowano
I te wszystkie życzenia, liściki…Świadczą tylko o tym, jak bardzo pamiętacie o mnie i tęsknicie. Zastanawiam się czy po 10 latach też ktoś wysyła paczki do misjonarzy?
Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałam. Moje serce oszalało z radości i chciałabym uściskać każdego z osobna. Pamiętam o was w mojej modlitwie…
DZIĘKUJĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)