środa, 23 czerwca 2010

"Czyń dobro mimo wszystko" M. Teresa



"Jeśli czynisz dobro, oskarżą cię o egocentryzm. Czyń dobro mimo wszystko!
Twoja dobroć zostanie zapomniana już jutro. Bądź dobry mimo wszystko!". (M.Teresa)

Kasiu, jak to jest z czynieniem dobra na misjach? Ono też bywa niezrozumiane i marnowane? Czy mimo to, nadal Ci się chce?
Agatko, w końcu doczekałaś się odpowiedzi na swoje pytania. Właśnie dostałam gratis wolne popołudnie żeby odpocząć od „czynienia dobra”. To znaczy, że przychodzi czasem czas by zamknąć się na trochę w pokoju, popłakać, pomyśleć, pogadać z siostrą Zofią - o co w tym wszystkim chodzi? Wszystko w porządku, jeśli taki czas nie pojawia się zbyt często. Ja jednak chyba mieszczę się w normie.
Na początku trzeba zastanowić się, co znaczy czynić dobro? Niekiedy wydaje nam się, że robimy dobrze a wynikają z tego same problemy. Jednak Matka Teresa mówiła „Bądźcie dobrzy dla tych, wśród których żyjecie. Wolę, żebyście popełniali błędy z dobroci serca niż żebyście dokonywali cudów, nie miłując”.
Jeszcze inaczej, kiedy wkładamy wszystkie swoje siły i wszyscy mają to w nosie. No cóż wtedy pozostaje tylko „Bądź dobry mimo wszystko”.:)
Każdego dnia mamy okazję do czynienia dobra i niekoniecznie musimy wyjeżdżać na misje w tym celu. Kiedy już jednak zdecydujemy się na taki krok trzeba być szczególnie gotowym na ataki ze strony ZŁEGO. On strasznie nie lubi dobra i każdego dnia będzie szukał sposobu i metody jak zniszczyć dobro.
Czynić dobro na misjach to wykonywać swoją pracę z oddaniem, zaangażowaniem, odpowiedzialnością i uśmiechem, choćby chciało się płakać. Moja praca tutaj to przede wszystkim praca z dzieciakami. Moim życiem jest przedszkole i to w 300% oddaje każdego dnia moje siły, moje smutki i radości, moje kolejne siwe włosy Laura Pre-school w Mansie.
Na początku był szok, zwłaszcza, jeżeli chodzi o pracę z dziećmi, o system edukacyjny w Zambii, o dydaktykę przedszkolną. Wszystko tu jak w szkole, dziecko ma siedzieć i kuć na pamięć to, co nie rozumie, nie pojmuje, nie wyobraża sobie. Wtedy jednak była siostra Maura, która pomagała to wszystko zrozumieć i pokazywała, że możemy zmieniać małe rzeczy i przyzwyczajać się do tych, których zmienić nie możemy – choćby Cię „cholera jasna” strzelała.
Teraz jednak nie ma już siostry i wszystko jest pod górkę. Generalnie w przedszkolu jesteśmy obie z siostrą Zambijką odpowiedzialne za funkcjonowanie. Tyle, że siostra spędza czas w biurze na czytaniu książek i przyjmowaniu gości, z małą 10 min przerwą na pomoc przy posiłkach dzieci. Ja natomiast chodzę i poganiam nasze „Święte Krowy” do roboty. Każdego dnia trzeba przypominać, że przychodzą do pracy a nie na spotkanie, że pracują w grupie z dziećmi a nie na zewnątrz w plotkarstwie, że mamy fajne układanki, gry przygotowane przez wolontariuszy, siostrę Maurę i aby dzieci zachęcić należy z nimi usiąść czy ostatecznie położyć im na stoliku. Każdego dnia trzeba pokazywać, kto gdzie stoi na placu zabaw by troszczyć się o bezpieczeństwo dzieci, zachęcać by zrobiono coś innego na zajęciach niż kolejne powtarzanie alfabetu. Kiedy jednak tylko przestaniesz na jeden dzień, kiedy wyskoczysz do domu na szybką kawę, kiedy zajmiesz się czymś innym - wszystko lega w gruzach. Ja tu myśleć o rozwoju państwa, reformie czegokolwiek skoro nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co robi!!!!!
Wszystkiego się odechciewa!!! Dzisiaj przyszła mi refleksja na temat wyposażenia przedszkola w środki dydaktyczne. Od jakiegoś czasu przygotowuję różne gry i pomoce do zajęć. Tyle, że dziś zdałam sobie sprawę, że nikt tego nie używa – bo się mu nie chce. Najszybciej jest napisać literę na tablicy, powtórzyć ją 100 razy i przechodzimy do pisania w zeszytach.
Siostra Dyrektor w ogóle nie ma pojęcia o pracy przedszkola, do tego ta różnica kulturowa sprawia, że często nie rozumie mnie i moich problemów, uwag. Najlepsze jest to, ze po pewnym czasie wiele z tych rzeczy, które ja zgłaszam a ona lekceważy wychodzi i tak na moje – tak jakoś Bóg kieruje, dbając o dobro moich brązowych przedszkolaków.
Czemu tak ciężko jest rozumieć dobro, jakie chce się darować? Co z tego, że siostra przełożona powie, że jest szczęśliwa z obrazków wymalowanych na ścianach w przedszkolu. Ja byłabym usatysfakcjonowana, gdyby nauczyciele wykorzystywali to do zajęć z dziećmi, bo po to je malowałyśmy.
Kiedy jednak człowiek wypłacze się już do poduszki, wyżali siostrze Zosi, wypije herbatę zrobioną przez Ewę i pomyśli o uśmiechach małych Słodasków na sercu robi się cieplej.
I znów chce się wstać rano do przedszkola, wytrzeć kolejne 90 zasmarkanych nosów, ściągnąć 90 swetrów gdy słońce praży niemiłosiernie czy przytulić 90 uśmiechniętych brązowych buziek do swojej zatroskanej białej. A kiedy jest nadal smutno, w oratorium czeka szalona grupa urwisów z Dominika, która zawsze coś spsoci, wymyśli śmiesznego czy zaśpiewa „Kasia alitemwa abanabanono” (Kasia kocha małe dzieci).
Pewnie nie ja jedna zadaję sobie pytanie – Czy warto czynić to dobro? Praca misyjna to ciężki kawał chleba i wielu wolontariuszy ma po pewnym czasie dylemat – gdzie dobro w tym wszystkim? Korzystając jednak z rady pewnej doświadczonej już wolontariuszki postanawiam - Ile jestem w stanie będę dawać dzieciakom. To dla nich jestem posłana!!! MIMO WSZYSTKO!!!!!!

"Iść Małą Drogą" - TAU

Z całego serca dziękuję wspólnocie TAU z Olsztyna za promyki słońca, które do mnie dotarły. Przepraszacie, że nie pisaliście, nie wysyłaliście paczek, ale ja też nie odzywałam się do was. Szczerze powiedziawszy to nie sądziłam, że mam takich wiernych fanów na Nagórkach.:) Dziękuję jednak za wszelką modlitwę, którą odczuwałam tutaj bardzo. Terska jest nadal moją największą Przyjaciółką i wiele razy przytulała mnie do Swojego małego, dziecięcego serca. Wszędzie tutaj czuję Jej obecność, krocząc moją małą zambijską drogą.
Nie wiem, co prawda jaki skład grupy był w tym roku i kto pozostał wierny Małej Tereni ale dziękuję za wszelkie ciepłe słowa przesłane w słonecznych promykach.
Chciałabym tylko sprostować niektóre z nich. Co do odwagi to jeszcze nie jest tak dobrze jak bym chciała. Zaufałam Bogu, ale nie potrafię oddać Mu się całkowicie…Jestem super – no to trochę za dużo jak dla mnie Ciekawe, kto to napisał?:) O to czy jestem super to trzeba by zapytać moich życiowych współlokatorek albo ze mną pomieszkać Cała prawda wychodzi na jaw…Ale staram się, codziennie uczę się asertywności i miłości do bliźniego – idąc za przykładem św. Tereni podnoszę te małe szpilki i ofiarowuję za dusze w czyśćcu cierpiące.
Któż to mnie zapamiętał uśmiechniętą i wesołą? Przecież ja jestem strasznym ponurakiem!!! Każdy uśmiech jednak, który pojawia się na mojej twarzy traktuję jako szczególny co sprawia, że rosnę w Miłości Pana.
Z resztą w zupełności się zgadzam Tak na serio, to dziękuję Wam za modlitwę i ciepłe słowa, które trafiły w bardzo odpowiednim czasie. Już nie mogę doczekać się kiedy spotkam Wasze uśmiechnięte mordki i podzielę się z Wami moim kawałkiem brązowego, afrykańskiego serca. Odpoczywajcie i stawajcie się światłem dla innych poprzez swoje uczynki i słowa.
Do zobaczenia…
„Nie dosyć więc dać każdemu, ktokolwiek mnie prosi, trzeba uprzedzić jego pragnienia, dać do zrozumienia że oddawanie usługi uważa się za obowiązek, za wielki zaszczyt…” św. Terenia

piątek, 4 czerwca 2010

Kolejne przygody

Ach, wszyscy tylko przypominają, proszą o nowe notki na blogu, ale nikt nie napisze maila co się dzieje u Was. Nie pamiętam, kiedy dostałam wiadomości od mojej ukochanej kuzynki Małgosi, czy współlokatorek z Wańkowicza, albo moich koleżanek po fachu, że nie wspomnę o dzieciach, które porzucałam z rozdartym sercem – grupie MWDB OLSZTYN. Tylko ksiądz Hubert i załoga z Przedszkola 31 pozostaje wierna swoim obietnicom NIE ZAPOMNIEĆ!!!
Co do moich postów to ciągle coś, wsiąkłam już zupełnie w moje obowiązki, w życie misyjne, w którym ciągle brakuje czasu. Wcześniej były wakacje, potem malaria a przez ostatni czas palec w gipsie to i jak tu pisać. Moje nowe hobby zostało zawieszone na jakiś czas i to pod przymusem. Grając z męską drużyną, czasem mało delikatną i wcale nieprzejmującą się jedyną umukashaną (dziewczyną) na boisku, wybiłam sobie palucha. I to tego, na którym w przyszłości będzie się prezentować obrączka!! Nie był to pierwszy raz, ale ten raz był zbyt mocny. Kiedy opuchlizna nie chciała zejść postanowiłam odwiedzić miejski szpital. Swoją drogą widziałam już klinikę, szpital więc został już tylko witch doktor!!! Jak to na obczyźnie bywa tak i w Mansie znalazł się znajomy, biały doktor Bogdan z Ukrainy. Przyjął mnie bardzo serdecznie, szybciutko przed pokojem prześwietleń wypisał skierowanie i sprawa prześwietlenia została załatwiona w 15 min – w normalnym trybie średnia czasu 3h. Na szczęście nie było złamania i przemieszczenia kości, udaliśmy się zatem do zabiegowego, w celu konsultacji (5min) i założenia gipsu 10 min. Wszystko w iście ekspresowym tempie, nawet w Polsce nie da się tego tak szybko załatwić. Oczywiście była propozycja nastawiania palca, na którą odpowiedziałam stanowczo NIE!!! Gips w sumie też był chyba tylko, dlatego że nie wierzyli mi do końca, że nie będę grała w kosza przez jakiś czas. Zostałam, zatem uziemiona na 2 tyg z palcem w gipsie u prawej ręki. Szpitala za dużo nie widziałam, miałam okazję mijać kuchnię – jedzenie (shima) gotowana jest na palach drewnianych na zewnątrz. Pokój prześwietleń wyglądał całkiem estetycznie, na łóżku była nawet poduszka. Najśmieszniejsze było jak dr Bogdan napisał w skierowaniu teacher Kasia. Oczywiście Afrykańczycy nie przyjęli tego do wiadomości i zapytali o nazwisko. Szkoda, że nie widzieliście miny laboranta jak kazałam mu napisać KOBUSIŃSKA Kiedy wywoływali mnie po zdjęcie, też się uśmiałam, bo gdyby nie to, że widziałam na zdjęciu dłonie, nigdy nie domyśliłabym się że czytają moje nazwisko.
Gips zdjęłam sobie po dwóch tygodniach męczarni (chciałam tylko zauważyć, że z zagipsowanym palcem całkiem możliwe jest pływanie w jeziorze) i palec nadal opuchnięty. I masz ci los. Udaję się, zatem kolejny raz do szpitala. Tym razem obejrzy mnie chirurg też z Ukrainy. Zobaczymy, co też poradzi. (Właśnie wróciłam z wizyty, wiadomości są bardzo smutne – z palcem ok., mam dużo ćwiczyć go i zakaz grania w kosza przez kilka miesięcy). Ciekawostka: Sala operacyjna w szpitalu w Mansie nazywa się OPERATION THEATRE.
Po ostatnim śnie gdzie spadłam z drzewa, na którym siedziało ze 30 kotów zastanawiam się co teraz się przydarzy
Życie misyjne. Generalnie same braki. Dziury w budżecie na wszelkich możliwych płaszczyznach. Dzieciaki nie chodzą do szkoły, bo nie mają na opłatę (szkoły nawet państwowe są płatne, oprócz school fees trzeba kupić uniform i buty, zeszyty. Jeżeli nie ma się tych podstawowych rzeczy dzieciaki wysyłane są do domu). Czasem dziwi mnie to, jak prosto i łatwo odpowiadają, że przestali uczęszczać gdyż nie zapłacili czesnego. Naprawdę wielkie szczęście mają uczniowie naszej szkoły, których czesne pokrywane jest w większości z pieniędzy adopcyjnych. W ostatnim czasie też zostałam wrobiona w macierzyństwo. Jeden z nauczycieli dołączył do moich rozmów z liderami. Rozmawialiśmy o tym, co im brakuje w szkole. Nauczyciel przysłuchując się zażartował, że powinni zwrócić się do ba Majo (mamy) – wskazał na mnie. Ja zażartowałam, że skoro mamy mamę to on zostanie tatą. Potem nastąpiły negocjacje w rezultacie, których jeden z liderów skorzystał, ustaliliśmy, że mama kupuje uniform a tata buty. Z żartu wyszło coś dobrego, tyle, że mam nadzieję, iż kolejne moje dzieci nie zaczną się dopominać, bo zbankrutuje. Zasmuciła mnie też niedawno rozmowa, z Nathanem – liderem. Jest w klasie 9 i podczas pogawędki okazało się, że nie chodzi do szkoły, gdyż nie opłacił czesnego. Jest sierotą, stracił wcześnie rodziców (ojca nie pamięta a matkę jak miał 2 lata). Mieszka z bratem i jego rodziną. Brat nie ma stałej pracy, więc lekko w domu nie jest. Bardzo lubię tego chłopca, jest pracowity i spokojny. Czasem zamyśla się i wpatruje w pustkę – zupełnie jak ja. Myślę, że nasze spokojne dusze dobrze się dogadują. Dogadaliśmy się zatem, że dam mu połowę wymaganej sumy a on pomoże mi w pracach porządkowych na terenie przedszkola. Możecie sobie wyobrazić jak szczęśliwe było moje serce, kiedy na drugi dzień Nathan przypędził w uniformie szkolnym i roześmianą buzią od ucha do ucha pokazać mi rachunek (zawsze wymagamy od dzieciaków rachunków, sprawdzamy czy nie oszukują). W ten sposób pojawił się kolejny uśmiech na kolejnej brązowej twarzy. Nie możemy pomóc wszystkim, nawet jeśli to są dobrzy pomocni liderzy, możemy jednak powoli wspierać i cieszyć się że kolejnym uśmiechem na twarzy.
Zawsze pojawia się dylemat: Komu pomóc, na ile pomóc i wymagać a na ile tylko dawać? Dla mnie było oczywiste od razu, że nie mogę pomóc wszystkim. Tym bardziej, że wieści szybko się rozchodzą i potem powstaje niekończąca się kolejka potrzebujących. Wiele dzieci i młodych to wykorzystuje i liczy tylko, kiedy musungu im da, nie zastanawiając się jak mogą pozyskać pieniądze. Niedawno Ewa nie mogła się pogodzić z brakami naszych liderów, (ponieważ znamy ich lepiej niż pozostałe dzieci z oratorium znamy też ich potrzeby, smutki czy radości). Zastanawiała się jak można im pomóc. Zaczęło się wysyłanie ich od siostry do siostry od księdza do księdza. Kiedy przyszli do s. Zofii ona szczerze powiedziała że nie ma akurat żadnej pracy, ale mogą wykonać miotły bo to się przyda i wtedy kupi je od nich. Do tej pory nikt nie przyszedł a zdarzenie miało miejsce w marcu. Często mamy tu odmienne zdanie z Ewką na temat tego rodzaju działań. Obie się zgadzamy, że trzeba jakoś ich wspierać tylko zasięg tego wsparcia nas różni.
Rada praktyczna dla przyszłych wolontariuszy: nie pomożecie wszystkim a czasem jedyną pomoc, jaką od siebie dacie to bycie z dzieciakami, młodzieżą, rozmowy z nimi i zabawy. I najważniejsze: najgorsze nauczyć dawania, zwłaszcza za nic. Czasem denerwuje mnie jak nasi liderzy wymagają od nas zeszytów, ołówków, długopisów a potem coraz droższych rzeczy jak buty, uniform…I tak łatwo im przychodzi powiedzieć: Daj mi ołówek! Kiedy pytam co się stało z poprzednim, danym 3 tyg, wcześniej – Zgubiłem!!! Zatem „wyżebrać” ode mnie cokolwiek nie jest łatwo i trzeba się trochę napracować.
Nasi nauczyciele też mieli mały kryzys. Na początku semestru rząd nie wypłacił ba Kafundishiom w Zambii pensji. Nauczyciele, zatem zastrajkowali i w większości szkół nowy term zaczął się z tygodniowym opóźnieniem. U nas jednak wszystko rozpoczęło się w odpowiednim terminie.
W przedszkolu wielkie malowanie. Podjęłyśmy z Ewą jedną z większych form współpracy – tu ksiądz Roman możesz być z nas dumny Siostra Celeste wydała zgodę na malowanie na ścianach, i takim sposobem w jednej klasie mamy dżunglę, w drugim afrykańską wioskę. Poza tym kolorowo robi się wokół budynku: kamienie w różnych odcieniach, środki dydaktyczne wyczarowane z pokrywek od wiaderek. Moje ukochane Laura Pre-school pięknieje z tygodnia na tydzień. Zdradzę wam, że uwielbiam chodzić wieczorami do przedszkola. Siadam sobie na kłodzie i wsłuchuję się w ciszę i chłonę duszę tego miejsca wspominając obrazy i przeżycia, których tu doświadczyłam do tej pory. 1 czerwca zorganizowaliśmy też dzieciakom Dzień Dzieci. Wybraliśmy się z tej okazji do 4 państw, poznaliśmy dzieci z 4 kontynentów (ze względu na braki białych grałyśmy z Ewą po dwie role. Ja byłam wróżką i Chińczykiem w jednym a Ewa – Polką i Indianką). Potem tańce, konkursy i wspólne video. Nasze Słodaski dostały po paczce popcornu (zostałam specjalistką od przygotowywania prażonej kukurydzy – 100 torebek w pół dnia) i lizaku. Impreza była wspaniała!!!!
W oratorium przeżyliśmy niedawno akcję „Ciuszek”. Dziękujemy za ubrania przysłane z Polski, z SOMU. Wszystko zostało przekazane potrzebującym. Dzieciaki bardzo się cieszyły z każdej rzeczy, nawet zbyt dużej czy za małej.
Tak czas pędzi szybko i niedługo trzeba będzie się spakować i pożegnać. Zanim to jednak nastąpi cieszę się Afryką, Mansą. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnio częściej wyprowadzają mnie z równowagi Musungu a nie Afrykańczycy. Chyba trzeba się zastanowić czy na pewno ze mną wszystko w porządku
No to się trzymajcie, piszcie. Post o Livingstonie i dalsza część puszkowa „is comeing” jak to mówią Afrykańczycy, więc czekajcie cierpliwie….

Humor misyjny – mam nadzieję, że Ewa mnie nie udusi za to.
W maju obchodziliśmy urodziny Ewy. Wymarzyła sobie na ten dzień ognisko. Oczywiście, jak to cała Ewa, przygotowania rozpoczęły się późnym popołudniem (w dzień urodzin). Na godzinkę przed wyznaczonym czasem spotkania (19,00) zajęłam się sałatką a Ewa organizowaniem śpiewnika i ogniska – w tym drugim dzielnie pomagała jej s. Celeste. Ewa pożyczyła nawet, grila bo stwierdziliśmy, że będzie wygodniej. Jak to Ewa, nie sprawdziła czy mamy czarko – węgiel drzewny. Tak, więc ok. 19 okazało się, że grill raczej nie wypali. Kilka minut po 19 wpadła zdyszana, że kiełbaski trzeba przygotować w piekarniku, bo za ogniskiem trzeba poczekać. Okazało się (niestety, wiem to tylko z opowieści s. Godlive i żałuję, że tego nie widziałam), że Ewa nazbierała liści od banana i to całkiem świeżych. Kiedy nie chciały się palić z pomocą pobiegła s. Celeste polewając liście naftą. Co z tego wyszło? Kupa dymu!!! I śmiechu!!! Kiedy całą akcję zobaczyła s. Godlive od razu wszczęła akcję ratowniczą, wydała odpowiednie polecenia przygotowania kiełbasek w piekarniku i poszukała odpowiedniego materiału, palącego się bez problemu – drewna!!! Do tej pory śmiejemy się, że jak ognisko to tylko z liści bananowca i przygotowane przez Ewę.

Wybrałam się w niedzielę na szkółkę niedzielną Anglikanów, prowadzoną przez jednego z koszykarzy, z którym gramy w każdą sobotę. Podczas gdy dorośli mają mszę on zajmuje czas dzieciom. Mieliśmy okazję wymienić się doświadczeniami pedagogicznymi i podzielić zabawami. Swoją drogą znalazłam w Mansie małych brązowych Słodasków, które nie wiedziały jak mam na imię i z zaciekawieniem dotykały mojej skóry. Nie często spotyka mnie to, gdyż przez naszą wioskę nie da się przejść niezauważonym i dookoła słychać Kasia i Ewa. Tak, więc wszyscy wkoło wiedzą, kto się na spacer wybrał i nasi oratorianie czy przedszkolaki nie dziwią się już widokiem musungu. Bawiło mnie, kiedy po kryjomu szybko dotykały mojej ręki i śmiały się. Przy okazji spotkałam tam jedną z naszych dziewczynek z przedszkola - Faith. Oczywiście przyszła się przywitać i kiedy tak przymilała się do mnie do akcji wkroczył jej tata. Przywołał córkę do porządku, i poprosił żeby nie przeszkadzać madam. W odpowiedzi usłyszał – Father is not madam is teacher Kasia from preschool. Oboje zaczęliśmy się śmiać i tato przyszedł przywitać się. W poniedziałek nauczycielka pytała dzieci, jaki był dzień wczoraj i kto był w kościele. Dzieci krzyczały - me, me!!! Nagle w klasie padła odpowiedź z ust Faith - teacher Kasia!!! Nieformalnie, zatem zostałam przyjęta do rodziny kościoła anglikańskiego.
To tak żeby Wam nie było smutno!!!!!

środa, 5 maja 2010

Chrzest misyjny

Przepraszam, że przerwę na chwile relację buszową ale chcę się podzielić z Wami ostatnimi wydarzeniami. Otóż stałam się już 100% misjonarzem. Przeszłam chyba już wszystkie elementy chrztu misyjnego. Przeżyłam 3 tygodnie w buszu i …tego dowiecie się czytając do końca. Zacznę jednak od małej czerwonej kropelki.
Po powrocie do Mansy wszystko było pięknie aż do wtorku. Po powrocie z Mszy Świętej dziwnie się poczułam. Trochę zaczęła boleć mnie głowa i jakoś tak nieswojo mi było. Położyłam się zatem na moim łóżeczku i przeszłam do oglądania filmów. Po pewnym czasie zrobiło się zimno. Oczywiście na dworze grzało afrykańskie słońce. Pośpiesznie i z uśmiechem założyłam polar i skarpetki po czy wlazłam pod kocyk. Głowa jednak pozostawała chłodna, więc podejrzenie gorączki odłożyłam na bok. Uświadomiłam sobie też, że od dwóch dni bolą mnie wszystkie mięśnie. Zwaliłam winę jednak na buszowo-afrykańskie wycieczki, których miałam ostatnio sporo. Cały czas jednak w uszach brzmiały wypowiedziane kiedyś słowa przez siostrę Zofię: „…to się czuje, wszystko cię boli!”. Tak więc śmiejąc się z grubości swojego ubioru przy temperaturze na zewnątrz oglądałam dalej spokojnie filmy. W międzyczasie wyskakiwałam do konwentu podpatrzeć czy moje pranie już skończone. Siostra Zofia oczywiście zaskoczona i rozbawiona moim niecodziennym ubiorem zapytała czy wszystko ok. Doszłyśmy do wniosku, że to pewnie przeziębienie. Ja jednak robiłam się coraz bardziej niespokojna. Trzęsąc się coraz bardziej wysłałam smsa do o.Pawła „Niech się Ojciec zacznie modlić! Wszystko mnie boli, cała się trzęsę. Obawiam się najgorszego z elementów chrztu misyjnego”. No cóż, potem było już coraz gorzej, na obiad nie miałam już siły nawet wstać. Zdecydowałyśmy z siostrą pojechać po obiedzie do kliniki w celu zrobienia testu malarycznego, ja jednak byłam już pewna. Rada praktyczna: jadąc do kliniki trzeba wziąć ze sobą zeszyt, który następnie zostanie „zamieniony” na książeczkę zdrowia.
Klinika znajduje się na pobliskim markecie, całkiem niedaleko misji. Zaprowadzono nas prosto do laboratorium, omijając pokój przyjęć – to chyba, dlatego że musungu i w dodatku jedna w habicie Tam przemiły Pan wziął NOWĄ igłę nakłuł mój paluszek i wycisnął maleńką kropelkę krwi. Nastąpiło żmudne czekanie. W międzyczasie dowiedziałam się, że klinika nie ma żadnego generatora, więc mamy szczęście, że jest akurat prąd, bo bez niego wykonanie badań jest niemożliwe. Poza tym szpital ciągle przysyła pacjentów do kliniki by robili badania, bo u nich ciągle coś zepsute. Ja cały czas kontrolowałam wzrokiem drogę mojej płytki z czerwoną kropelką. Najpierw spryskano ją jakimś preparatem, potem włożono do dziwnej maszyny z termometrem i tam siedziała sobie dość długo. My dalej kontynuowaliśmy rozmowy, że to ja wolontariuszka na rok z Polski, że z buszu wróciłam, że znam klinikę w Old Mukushi. Tak chyba ze 20 min. Zaczęłam się już niecierpliwić, kiedy moja kropelka wpadła w brązowe ręce pana w białym fartuchu. Zasiadł on przed mikroskopem, włożył płytkę i spojrzał w okular. Wiedziałam, że wyrok jest bliski. Napięcie rosło, kiedy wszedł do pokoju kolejny Pan. Po krótkiej wymianie bemba z pracownikami poprosił o mój zeszycik. Zapytał o objawy, nabazgrał coś na pierwszej stronie i oddał pracownikowi, który mi wycisnął małą czerwoną kropelkę. Ja kontrolowałam wzrokiem felczera przy mikroskopie. Zaniepokoiło mnie, gdy oderwał się od mojej kropelki i spojrzał na mnie. Po chwili wrócił do mikroskopu i zaczął przekazywać dane szyfrem bemba koledze obok. Czy brała Pani jakieś leki malaryczne? – zapytał - Nie, to damy Coartem. Siostra chcąc upewnić się diagnozy zapytała tylko „Pozytywny?” potem zwróciła się do mnie z uśmiechem „No to masz malarię”. Na pocieszenie usłyszałam tylko, że dobrze, że przyszłam tak wcześnie i jak mi się nie polepszy po 3 dniach to mam wrócić. Ciekawostka: leki n malarię są darmowe i do Coartemu dostałam gratis Panadol. Po wizycie udałyśmy się na szybkie zakupy a potem przez kolejne 4 dni już tylko łóżko.
Pierwsze dwa dni były okropne. Trzęsłam się jak galareta owinięta w koce a temperatura spadała, choć na chwilkę po zażyciu Panadolu. Czułam, że jest coraz gorzej. Drugiego dnia jedyne uczucia, jakie mi towarzyszyły to bezradność i bezsilność. Nie mogłam nawet przewrócić się na drugi bok. Resztkami sił płakałam i prosiłam Boga, że to jeszcze nie jest czas, że jeszcze mu się tu na ziemi przydam. Myślę, że bardzo pomogło mi ofiarowanie tego cierpienia w pewnej intencji. Rada praktyczna: jeżeli macie malarię i czujecie, że już nic nie możecie nie płaczcie, módlcie się i ofiarowujcie cierpienia z intencjach.
Całe szczęście, że nie miałam wymiotów, tylko wszystko bolało jak by czołg przejechał po moim ciele. Nawet zwykłe, zazwyczaj bezbolesne „puszczenie bączka” sprawiało ból.
Trzeciego dnia przyszło ZMARTWYCHWSTANIE. Jak by ręką odjął. Cud uzdrowienia. Znaczy - reakcja na lekarstwa. Gorączka spadła, ból ustąpił zostało tylko osłabienie.
Cały czas opiekowała się mną dzielnie Ewa, przynosząc mi obiadki i pytając co chwila jak to jest mając malarię i czy na pewno dobrze się czuję. Dostałam też cenne rady od brata Stefana, że mam być ostrożna jak się już będę silniejsza, bo to krytyczny moment i malaria może wrócić. Poza tym siostra Zofia sprawdzała trzy razy dziennie czy żyję, nasłuchując pod oknem czy oddycham W czwartek pod moim okienkiem zjawili się nawet moi chłopcy z Dominik Group i zaśpiewali mi piosenkę, wyczarowując uśmiech na mojej twarzy. Potem zjawiła się siostra Anet z połową oratorium. Kazali mi usiąść na progu i słuchać koncertu specjalnie przygotowanego dla mnie. Fajnie jest czasem troszkę zasłabnąć, wszyscy się o Ciebie troszczą, odwiedzają Cię, nie każą nic robić. W sobotę dostałam nawet pozwolenie pójścia na Mszę Świętą a w niedzielę miałam już troszkę więcej sił by pomóc przygotować rodzinki Ewy.
Od poniedziałku wróciłam powoli do swoich codziennych zajęć, wspominając wakacyjne wyprawy, o których jeszcze poczytacie. Wszyscy współczuli z powodu choroby, cieszyli się że już jestem zdrowa.
Wczoraj usłyszałam od naszego pracownika baKundy, że jestem już prawdziwą Afrykanką bo pokochałam busz i przeżyłam malarię. Miło jest usłyszeć taki komplement. Tylko, że jak na Zambijkę to chyba jestem zbyt pracowita i szybka w niektórych działaniach


PS. Podczas malarycznego leżakowania wpierała mnie dzielnie modlitwą ekipa żeńska z Olsztyna, za co serdecznie dziękuję!!!!! Nawet nie wiecie jak pomogły mi słowa „Kasik, modlimy się tu za Ciebie”.
Obejrzałam też już wszystkie filmy, które dostałam na święta tak, więc czekam na kolejną porcję.
PS. Paczka od MWDB Olsztyn jeszcze nie doszła. Mamy tu ostatnio problemy z paczkami świątecznymi, coś za często giną. To pewnie przez tą zupkę chińską. Obawiam się, że Chińczycy, których tu nie brakuje przejęli przesyłkę. Mam nadzieję jednak, że po skonfiskowaniu zupki resztę odeślą.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Palm Sunday

Poranek Niedzieli Palmowej. Wcześnie rano słyszę pukanie do drzwi. Wyglądam przez okno by sprawdzić kto mnie zwala z łoża o tak wcześniej godzinie, przed drzwiami stoi Afrykanka. Otwieram drzwi by zapytać o co chodzi i słyszę dobrze znane w bemba dzień dobry. Amenshi, amenshi ku toilet Zrozumiałam zatem że czas na kąpiel. Moja łazienka jest typowo misyjna, jest to pomieszczenie przy klinice służące za ubikację (typ turecki - używać "na Małysza"). Tam załatwiam podstawowe potrzeby fizjologiczne oraz codzienną kąpiel, wszystko w towarzystwie moskitów. Duszące zapachy i brud nie przeszkadzają aż tak bardzo, w końcu jesteśmy na misjach a nie wakacjach. Uśmiech na twarzy wzbudza metalowa balia z ciepłą wodą o kolorze brązowym. Nawet nie zastanawiam się skąd ta woda, skąd taki kolor. Przecież oni dzielą się tym co sami mają, używają i skoro oni żyją to i ja nie padnę. Codzienna toaleta wymaga niezłego sprytu i sprawności gimnastycznej, najpierw myjemy się od głowy do pasa, potem jedna nóżka, po niej kolejna - istne akrobacje. Proponuje do formacji wolontariuszy dodać gimnastykę akrobacyjną, czasem przydaje się. Po kąpieli czas na ząbki. Realizując program ekologiczny "oszczędzaj wodę" wlewam do połowy kubka, pasta i wychodzę na zewnątrz. Cały proces szorowania jest obserwowany przez ba Petera, starszego mężczyznę chorego najprawdopodobniej na schizofrenię, no w każdym razie normalny to on nie jest, ale o nim będzie osobny rozdział. Ja stoję i szoruję ząbki, Peter siedzi i przygląda się zaciekawiony. Zastanawiam się czy w ogóle wie co ja robię. Uśmiecham się rozbawiona Po kąpieli pędzę na Mszę Świętą. Bardzo podoba mi się procesja z palmami wokół wioski. Kobiety z poszczególnych grup ubrane w swoje uniformy, wszyscy ze śpiewem głoszą chwałę Pana - na ile świadomie a na ile z obowiązku? Odpowiedź jest w sercach tych ludzi. Męka Pańska jest śpiewana z podziałem na rolę. Przyznam, że tego się nie spodziewałam na takiej wiosce, gdzie nie ma na stałe księdza i nikt nie pracuje z tymi ludźmi. Najbardziej podobają mi się części śpiewane przez całą grupę. W Polsce zawsze marudziłam sobie pod nosem, że taka długa ewangelia, że trzeba stać tyle czasu, tu w Afryce podczas Ewangelii wierni siedzą:)Mszy towarzyszy akompaniament bębnów, śpiewy i tańce - jak to w Afryce bywa. Różnica z Mansą jest taka, że tu nie używa się keyboardów czy elektrycznych gitar tylko instrumentów zrobionych ręcznie - oczywiście ma to swój urok. Po Mszy śniadanko w Zakrystii - bułeczki z pomidorem i serkiem w plastrach. Zapraszamy parish counsil, częstujemy go serkiem ale grzecznie odmawia pozostając przy pomidorach i bułeczkach. Myślę, że nie wie co to jest serek w plasterkach. W Old Mukushi jest tylko kilka wiejskich sklepików wyposażonych w najpotrzebniejsze do życia produkty. O serku nikt tu nie śni. To co zapamiętam na pewno na długo to smak herbaty. Woda gotowana na drzewie w insace nabiera smaku dymu drzewnego. Zatem herbata ma specyficzny "dymowy" smak. Po południu wyruszamy by skontaktować się ze światem. W samej wiosce nie ma networka, trzeba zatem przebyć ok. 6km by napisać smsma. Myślę, że to dobry program oszczędnościowy, zwłaszcza dla mnie w ostatnim czasie, no i pozbywam się jednej z pokus. Spacer jest przyjemny, droga utwardzona, w koło busz. Przy drodze czasem mijamy chatki, małe wioseczki położone wyżej (droga generalnie pod górkę).
Towarzyszy nam ba Kangwa, dziewczyna z wioski. Tak mija pierwszy dzień w buszu...

sobota, 17 kwietnia 2010

Uciekinierzy

Tydzień przed świętami należało podjąć decyzję czy zostaję w Mansie czy spędzam je w niecodziennej atmosferze buszu. Nie zastanawiając się długo, chcąc odpocząć od ostatnich przygód poprosiłam o wcześniejszy urlop, siostra Zofia zakupiła bilet i tak w piątek 26.03.2010 opuściłam Mansę. Dobrze, że Ewa jechała ze mną tym samym Pksem bo jak wiecie kiepsko znoszę transport publiczny. Oczywiście african trip zaczęła się już w Mansie. "Pracownicy" firmy przewozowej na wstępie zażądali 50kw za bagaż oczywiście od każdej z osobna jako "ubezpieczenie" naszego posagu (swoją drogą na bilecie jest napisane że bagaż na własną odpowiedzialność). Tak rozpoczęły się pertraktacje, głównie Ewy, z napastnikami. Chwilami było zabawnie, zwłaszcza jak Ewa krzyczała na chłopaków:)Najpierw zaczęłyśmy że wcześniej nie trzeba było płacić (zgodnie z prawdą) - nie przekonało. Potem zażądałyśmy regulaminu firmy i oficjalnej treści z cennikiem za bagaż - nie przekonało, wręcz przeciwnie ośmieszyło to nas, jaki regulamin, kto w Afryce używa regulaminów. Ewa nawet podjęła próbę stworzenia formalnego dokumentu w kwestii bagażu - pisząc długopisem na rozkładzie jazdy że należy płacić za bagaż - tu nastąpiło zdziwienie zainteresowanych:) Ostatecznie zeszłyśmy do ceny 15kw za bagaż. Dostałyśmy za to gratis oddzielny luk bagażowy i zaniesiono nasze toboły do luku - tak więc nawet się opłacało. Po 2 godzinnym wyczekiwaniu ruszyłyśmy. Ewie trafiło zepsute siedzenie, tak więc większą część drogi spędziła w pozycji półleżącej, mi trafiło miejsce za panią o podobnej sytuacji, zatem ja spędziłam większą część drogi w pozycji pół-skurczonej, z kolanami pod brodą, między Ewą a przystojnym, młodym Afrykańczykiem. Podróż minęła dość szybko głównie na spaniu i słuchaniu muzyki. Moim przystankiem było Kabwe, miasto w okolicach Lusaki. Podobno za czasów kolonialnych było ono bardzo czyste i ładne, teraz taka większa szara afrykańska rzeczywistość, z dziurawymi drogami i śmieciami wkoło - jak wszędzie, gdzie do tej pory byłam.
Na noc zatrzymałam się u jednej z polskich misjonarek Świętej Rodziny s. Asceliny. Siostra jest mistrzynią nowicjatu i właśnie pracuje z młodymi kenijskimi dziewczętami, które odkrywają swoje powołanie. Oprócz przesympatycznych rozmów jakie mnie tam spotkały i miłej atmosfery udało mi się także polukrować przepyszne rogaliki, które dostaliśmy potem na drogę. Tego samego dnia poznałam także jednego z najbardziej znanych polskich misjonarzy w Zambii księdza MArcela. O księdzu Marcelim słyszałam już w Polsce i bardzo chciałam go poznać. Wydawało się to zupełnie niemożliwe, bo pracuje On w dalekim buszu, w miejscu do którego bardzo trudno dojechać - a do którego też dotarłam ale o tym później (gdzie diabeł nie dotrze, tam mnie pośle). Ojciec Marcel pracuje w Zambii już ponad 40 lat. Przez pewien czas pracował z kard. Kozłowieckim właśnie w Chingombe. Jego praca polega głównie na wizytowaniu i głoszeniu Ewangelii na stacjach dojazdowych. Zatem wszyscy się śmieją, że jest on ciągle w drodze a jego domem jest samochód. Sam mówi o sobie bush-man, zatem co tu dużo dodać.
Następnego dnia zatem wyruszyliśmy z księdzem Marcelem. Naszym celem było Old Mukushi - w misji tej przebywał wtedy o. Paweł. A droga długa jest...Tak trochę nam zajęło pokonanie trasy (która normalnie zajmuje ok 4h). Nam właściwie zeszło prawie cały dzień. Dzięki ks. Marcelowi mogłam poznać trochę farmerskiego życia. Zorganizował małą wycieczkę po "osiedlu" farmerów. Farmerska kolęda pokazała dwa światy Afryki. Z jednej strony gliniane domki, które czasem nie przetrwają porządnego deszczu a z drugiej przepiękny dom na wzgórzu, samolot w garażu:)Społeczność farmerską charakteryzuje wielonarodowość. Można się pogubić. matka Filipinka, ojciec Grek. Kim zatem jest dziecko?
Poznaję kilka rodzin i widzę jak ksiądz Marcel jest im bliski, jak witają go serdecznie i z uśmiechem, częstują...oczywiście ulubionym napojem bush-mena jest coca cola! W tych domach jest wiele ciepła i życzliwości.
Prawie trzy godziny spędzam w warsztacie gdzie misjonarz reperuje naszą (chyba "100 letnią":))brykę. Potem wjeżdżamy w pola kukurydzy. Obraz jak z filmów, które nieraz oglądałam, wysoka, kilkumetrowa amatawa i wykoszona wśród niej droga. Pochłaniam oczami te obrazy. Słońce powoli gasi swój blask. Oczywiście nie brakuje misyjnych opowieści, "obgadywania" wspólnych znajomych, zaspokajania ciekawości ze strony księdza i odwrotnie.
Jest już zupełnie ciemno, przy drodze żadnych chat, zupełne pustkowie. Podziwiam krzyż południa, który wskazuje drogę i chłonę rześkie, wieczorne powietrze. Dobry czas i miejsce na krwawą historię. Ksiądz Marcel opowiada jak kilka lat temu jadąc z dwiema wolontariuszkami zostali napadnięci. Napastnicy strzelają, kula przelatuje pod siedzeniem misjonarza, który każe uciekać dziewczynom w busz. One jednak nie pozostawiają księdza samego. Wydarzenie jednak kończy się szczęśliwie, nikomu nic nie jest z wyjątkiem wielkiego strachu. Szajka zostaje po jakimś czasie złapana przez ludzi z wioski.
Nagle za nami pojawia się samochód. Widać tylko światła. Ksiądz MArcel przyspiesza, tłumacząc że nie chce by ten wyprzedził go, bo potem kurzy. Nie poruszamy tematu ale wydaje mi się, że chodzi o zupełnie coś innego. Wielkie pustkowie, nieznane auto za nami, niewiadome kto i w jakim celu. A podejrzane jest że samochód jedzie o tak późnej porze i to w tej części buszu. Na mojej skórze pojawia się dreszczyk a w sercu cicha modlitwa, Panie miej nas w opiece.
Po pewnym czasie udaje nam się zgubić, zostawić w tyle światła przyprawiające mnie o dreszcz emocji...
Późnym wieczorem docieramy. Nie widzę okolicy. Dostaję pokój przy klinice. Długa instrukcja jak korzystać z buszowej toalety, jak reagować na zwierzęta mieszkające czy odwiedzające mnie w pokoju, kolacja i spać.
Pierwszy dzień w buszu... a właściwie noc!

Ps. To początek historii z serii "Buszując po Afryce". Jestem taka radosna i dumna, ze docieram do miejsc gdzie nie trafiają turyści. W końcu poznaję prawdziwą Afrykę. Ciąg dalszy nastąpi. Teraz idę spać bo atakuje mnie jakaś mucha. Mam tylko nadzieję że to nie ta Tse Tse.
Gona Bwino - nyanja - sleep well!!!

czwartek, 15 kwietnia 2010

Wakacje

Wszystkim tym, którzy zastanawiają sie gdzie jestem oświadczam, ze mam wakacje!!!!! To oznacza że odpoczywam, od komputera też:)
Święta spędziłam w buszu, bez prądu, wody bieżącej (za to codziennie przynoszonej w balii przez Afrykanki), gotując na ogniu w insace (właściwie to pomagając, bo zazwyczaj gotował o. Paweł). Teraz wylądowałam jeszcze dalej. Odkryłam że Zambia ma przepiękne góry. Podziwiam zatem widoki w okolicach Chingombe, gdzie znajduje się prawie 100 letnia misja, na której pracuje 3 księży Polaków.

"Chingombe to wioska afrykańska w środkowej Zambii, położona w dolinie Luano, około 400 km na północny wschód od stolicy kraju, Lusaki. W 1914 roku dotarli tu bracia Jezuici i wybrali to niezwykłe miejsce na Misję. Dokonali wówczas rzeczy, które nawet dziś wydają się prawie niemożliwe do zrealizowania. W głębi afrykańskiego buszu stanęła okazała świątynia, budynki gospodarcze oraz konwent sióstr. Od 1973 r. misją opiekuje się ks. Marceli Prawica, a od 7 lat pomaga mu misjonarz z archidiecezji katowickiej ks. Piotr Kołcz.

Misja w Chingombe jest wyjątkowa ze względu na bardzo trudne warunki bytowe. Odwiedziny u ks. Marcelego i ks. Piotra wiążą się z siedmiogodzinną wyprawą przez góry, drogą przejezdną wyłącznie dla samochodu terenowego i to nie o każdej porze roku. Najbliższy sklep oddalony jest około 200 km od wioski. A dzięki niedawno odnowionej elektrowni wodnej w Chingombe jest prąd.

W wiosce mieszka prawie 3000 ludzi. Ludzie miejscowi posługują się językiem cibemba, ale należą do szczepu lala, który już nie używa swojego języka. Są ludźmi bardzo ubogimi, nawet na tle biednej Zambii. Odległość od najbliższego miasta (220 km.) powoduje, że kontakt ze światem oraz transport czegokolwiek jest trudny i kosztowny. Żyją z rolnictwa i rybołówstwa, ale jest to w dużej większości przeznaczane tylko do własnego spożycia, nie na sprzedaż." (http://wojtek.projekty.pl/chingombe/)

Dla ciekawych dodam że nie rosną tu cytrusy, bo małpy je zjadają oraz nie hoduje się tu zwierząt ze względu na występującą, bardzo niebezpieczną muchę tse tse.
Małpy już widziałam, muchy nie mam zamiaru oglądać:)

Trudno stąd wyjechać....nie tylko dlatego, że transport jest wtedy kiedy ktoś jedzie do miasta (najbliższe ok 9h jazdy autem) ale też dlatego, że można sie tu ukryć przed swoimi demonami, smutkami, cywilizacją - nie ma sieci komórkowej ale jest internet i to prosto z Włoch:) Przede wszystkim jest tu dużo spokoju, ciszy i uśmiechów wkoło.
Więcej jak tylko znajdę czas by usiąść przed kompem, chociaż przyznam szczerze że wcale nie mam ochoty.
Tak więc czekajcie cierpliwie na opowieści z serii "Buszując po Zambii".