czwartek, 4 marca 2010

kilka fotek






Zd.5Sobotni spacer
Zd.4Postęp Kościoła
Zd.3Łyk szaleństwa w Kenii
Zd.2Tato wybierz zięcia
Zd.1Przyjaźń

"Zatrzymaj się, to życie ma sens"

Ach, wiem wiem, że mam ostatnio spore zaległości, ale od wszystkiego trzeba odpocząć. Poza tym zawsze można mieć ciężkie czasy, albo brak weny. W każdym razie optymizm wraca, wena też i uśmiechu na twarzy coraz więcej. Macie szczęście, że nie mam postanowienia wielkopostnego dotyczącego nie korzystania z netu czy pisania na blogu.
Schemat dzisiejszej relacji:
1. Co u mnie?
2. Co w wokół mnie?
3. Co we mnie?
4. Co poza mną?
Będzie to, zatem autorelacja Nie, nie spokojnie…
W przedszkolu ciągle coś się dzieje. Siostra Celeste zasugerowała przygotowanie jakiś dekoracji, żeby było kolorowo, więc ostatnimi czasy nie rozstawałam się z nożyczkami i kolorowym papierem. Efekt jednak jest zadowalający, przynajmniej dla nas: dzieciaków, nauczycieli i dla mnie. Poza tym wpadłam już w rytm życia przedszkolnego i codziennie staram się coś przygotować. Najlepiej idzie mi współpraca z teacher Winnie, jest bardzo dobrą nauczycielką i widać w niej pasję. Poza tym jest mamą mojego chłopaka, 5- miesięcznego Petera Zatem wypada się jakoś z teściową dogadywać. Ponieważ siostra Anet jest zabiegana, spędzam też część czasu w officie. Wprowadziliśmy też nowy zwyczaj. Mieliśmy problemy ze spóźnianiem się rodziców by odebrać dzieci. Teraz słono to kosztuje i tak wczoraj zarobiłam 30,000K – całkiem sporo jak na warunki afrykańskie. Współpraca z siostrą Anet idzie trochę lepiej, powoli się docieramy, chociaż nie obywa się bez małych przejść. Dostałam jednak dobre instrukcje z Polski jak radzić sobie z gniewem, nie łamiąc przy tym kolejnych mopów. Myślę też, że Siostrzyczce trochę przeszła duma i zauważyła, że niektóre z moich pomysłów nie są takie głupie i że chcę tylko by coś się działo, działało lepiej.
Z okazji zbliżających się świąt dzieciaki przygotowują teraz Koncert Wielkanocny dla rodziców i sąsiadującego przedszkola. Jest to niezwykle trudne, bo wszystko jest w języku angielskim, którego dopiero się uczą. Tym razem Ewa zajęła się edukacją muzyczną i przygotowuje tańce w dwóch grupach. Ja przygotowałam program i trenuję z dwoma grupami wiersze, piosenki. Odkrywam z każdym dniem, że praca w przedszkolu daje dużo satysfakcji, nawet jak w Polsce nie nazywają nas nauczycielami tylko przedszkolankami Dzieciaki będą chodziły jeszcze tylko miesiąc, bo potem są wakacje. Przed zakończeniem termu zostało mi jeszcze tylko przygotowanie testu dla najstarszej grupy, na który uparły się nauczycielki. Osobiście walczyłam przeciw testowaniu przedszkolaków, zwłaszcza przy tym systemie edukacji, udało mi się tylko przeforsować pewne praktyczne wskazówki, co do jego przygotowania. No, dobre i to…
Codziennie coś mnie zaskakuje. Ostatnio zaciekawiła mnie sprawa załatwiania potrzeb filozoficznych przez dzieci, a to ze względu na jednego z maluchów. Chłopak nie potrafi zrobić siusiu, więc każdego dnia po śniadaniu mamy lekcje. Idzie coraz lepiej, potrafi ściągać i podciągać ubrania, ale z najważniejszym…Ostatnio tak się „zamachnął”, że mało nie obsikał mi twarzy. Nie myślcie sobie zatem, że przez to siedzenie w biurze nabrałam nawyków dyrektorskich. Czasem wkurzam się, że wykonuję najgorszą robotę i tylko mi przeszkadzają rozwiązane buty, swetry podczas upałów czy zasmarkane nosy. Jednak w tych prostych i może nie najprzyjemniejszych czynnościach dostrzegam iskierki Bożej Łaski i sens pomocy tutaj. Bardzo raduje mnie, gdy mogę wejść na jakieś zastępstwo, spowodowane chorobą nauczycielki. Nie jest łatwo, bo dzieci mnie nie rozumieją i często są głośno, ale wtedy czerpię prawdziwą radość i satysfakcję z mojego zawodu. Być z dzieciakami, najlepsza terapia na smutki i trudności.
Wracając do spraw fizjologicznych to nie jest to takie proste. Przedszkolaki nie potrafią korzystać z toalety, boją się czasem dlatego, że na co dzień nie mają takich doświadczeń. Wychodzą zazwyczaj z domu i sikają gdzie akurat stoją, zatem część z naszych maluchów załatwia swoje potrzeby przed toaletą, na terenie przedszkola w trawce albo w klasie. Ważną, zatem do opanowania umiejętnością w najmłodszej grupie jest korzystanie z toalety i mycie rąk po niej.
Większość swojej energii eksploatuję w przedszkolu. W oratorium stawiam na wyciszenie, trenuję moich chłopaków w piłce nożnej. Gdyby mnie ktoś szukał to zazwyczaj gram gdzieś z chłopasami w piłkę. Potem praca w grupach i kolejny dzień z głowy. Ostatnio miałam problem z wysłaniem dzieci do domu. Wpadł mi niespodziewanie pewien pomysł do głowy by zorganizować konkurs. Celem było: kto pierwszy dotrze do domu. Oczywiście wyników nie poznałam, bo następnego dnia każdy mówił mi, że był pierwszy. Najbardziej rozbawiło mnie zaangażowanie dzieciaków i to, że dały się nabrać, bo na trzy cztery wszystkie ruszyły jak szalone. Niestety nie wiem, co było za bramą, czy nadal miały taki zapał czy spostrzegły się o co chodzi.
Wprowadziłyśmy z Ewą do naszego życia prawie kontemplacyjnego trochę rozrywek. W soboty, jeżeli jest ładna pogoda wybieramy się na spacer. Zabieramy liderów, albo asystentki (siostry mają teraz na 3 miesiące 4 asystentki, które rozeznają swoje powołanie, takie śmieszne dziewczyny…). W ostatnią sobotę przez przypadek, gubiąc drogę, znalazłyśmy kolejne piękne miejsce w Mansie. Doszły mnie słuchy, że gdzieś w pobliżu są też gorące źródła, więc to jest mój kolejny cel. W niedzielę natomiast trening. Do wybory siatkówka czy koszykówka, w zależności od kondycji i humoru. Mamy tutaj niezły skład. Ja i Prosper, jeden z nauczycieli w-efu to niezły team, przeciw nam Ewa, Evans (też nauczyciel) i czasem ktoś na dokładkę. Zawsze jest dużo śmiechu i właśnie o ten śmiech najbardziej chodzi w całej grze. Ostatniej niedzieli nasze chłopaki byli zmęczeni, więc zebrałam drużynę z Youth Center. To jest dopiero gra, w pewnym momencie zastanowiłam się czy ja gram w koszykówkę, czy jestem na ringu. O mało nie złamałam sobie nogi. Boża Opatrzność czuwała nade mną, bo wróciłam tylko cała mokra i z wytraconym palcem.
Wspólnie z Ewą zorganizowałyśmy też pierwszy afrykańsko-polski spisek. Wraz z przyjaciółmi Evansa przygotowałyśmy mu niespodziankę urodzinową. Był bardzo zaskoczony a spisek udało się ukryć do samego końca. Myślę, że była to kolejna okazja do obdarzenia kogoś swoją życzliwością, uśmiechem i podziękowania za miłe przyjęcie nas w Mansie.
Teraz trochę z kultury Afrykańskiej. Nadal zaskakuje mnie niezwykła umiejętność Afrykańczyków w celebrowaniu wszelkich meetingów – spotkań. Każdego dnia, popołudniu wokół kościoła widać różnorodne grupy ludzi, smakujących i rozkoszujących się wspólnym spotkaniem. Często obserwuję jak jeden za drugim podążają w umówione miejsce, zazwyczaj na ławki zrobione z kawałka deski pod drzewem. Mężczyźni, kobiety czasem z dzieckiem na plecach, pozdrawiają mnie serdecznie. Potem w zależności od celu spotkania słychać śpiewy chórów, albo czuć ducha modlitwy. Najzabawniejszy jest czwartek, kiedy wokół kościoła spotykają się 3 chóry jednocześnie. Gdy jest się w środku, nie wiadomo kogo słuchać, aż dziw bierze jak oni mogą śpiewać słysząc się wzajemnie. Zdarza się, że do tych chórów dołączam z moją Dominic Group i wtedy jesteśmy niepokonani i najgłośniejsi. Czasem zastanawiam się, czemu ludzie w Europie tak pędzą, czemu nie mamy czasu by zwyczajnie usiąść pod drzewkiem i pośpiewać, by przechodząc obok drugiej osoby uśmiechnąć się i pozdrowić ją. „Zatrzymaj się na chwilę, to życie ma sens”.
Jeżeli chodzi o kulturę to mam też bardzo niemiłe doświadczenia. Jak wiadomo w rodzinie Afrykańskiej zazwyczaj panuje patriarchat. Chłop jest panem. Często kobiety są wykorzystywane i zmuszane do różnych rzeczy, pisałam o tym trochę kiedyś. Nadal często w związkach są zdrady i podejrzenia o nie. Przejdę do rzeczy. Pewnego dnia idę do przedszkola a tam wiadomość, że jedna z nauczycielek jest chora. Potem przy śniadaniu dowiedziałam się, że ma jakiś problem z mężem. Małżeństwem są nie cały rok i mają jedno dziecko. Kilka dni później, gdy wróciła zaczęłyśmy rozmawiać o całym zdarzeniu. Pokazała mi ślady po pobiciu, podrapania, podbite oko. Wyjaśniła, że mąż zdenerwował się, bo wróciła do domu inną drogą niż zawsze i że zrobiła to by spotkać się z innym mężczyzną. Wyjaśniła mi też, że mąż jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany, ona zaś mała jak mróweczka i był to pierwszy raz. Powiedziała mu, że następnym razem bierze dziecko i wraca do rodziców. Pogadałyśmy sobie szczerze i widziałam w jej oczach smutek, żal, zawód, iż okazał się takim dupkiem. Och żeby tylko miała siły odejść, jeżeli dojdzie do następnego razu.
W Youth Center mamy teraz projekt dotyczący wykorzystywania dzieci do pracy. Najpierw zostali przeszkoleni nauczyciele i trenerzy projektu, a teraz oni uczą naszą młodzież. Pomysł sam w sobie ciekawy, dużo mówi się w nim o prawach ludzi. Młodzież już podłapała temat bo, jak mają posprzątać centrum po zabawach mówią, iż są wykorzystywane I masz ci babo placek! Nasza najstarsza grupa z oratorium ma warsztaty w ten weekend, więc pewnie po niedzieli też nic nie będą chcieli robić.
Co do pogody to czasem słońce czasem deszcz. Poranki i wieczory są dość chłodne, pomimo że to jeszcze nie pora zimna. Mam okazję wykorzystać mój golf, który przyodziewam codziennie na poranną Mszę Świętą. Chyba jestem jedyna w kościele w golfie, nie wiem co ja taki zmarzlak się zrobiłam w tej Afryce.
No cóż, chyba nadrobiłam już trochę zaległości.
Następnym tematem posta będzie „Czynienie dobra na misjach” , w jaki sposób jest ono dawane, jak jest przyjmowane i takie tam….To dzięki Agacikowi, która zadał mi to pytanie.
Mam tez pomysł na post – wywiad rzeka – chciałabym Was włączyć do tego, dlatego proszę przesyłajcie pytania, które się w nim znajdą.
Ściskam i pamiętam w modlitwie. O rany kolejny pierwszy piątek miesiąca, już niedługo święta. Mam marzenie spędzić je w głębokim buszu, ale zobaczymy.
Do napisania!!!!!

piątek, 5 lutego 2010

Chciałam wrzucić kilka zdjec ale tego już nie udalo mi sie zrobić!!!

Internet

Przepraszam za opóźnienia ale internet jest iście afrykański. Idzie panono, panono czyli bardzo powoli. Juz od 5 dni probuje wrzucic cokolwiek na bloga czy odpisac na maile!!!!
Witajcie,
Cieszę się bardzo, że zauważyliście moją ostatnią nieobecność na blogu, znaczy, że czytacie. Teraz przynajmniej wiecie jak się czuję jak wy nie piszecie maili czy komentarzy. W sumie to dlaczego tylko ja mam się starać
No dobrze od początku. Ostatnio pisałam o Nowym Roku i kolejnych rekolekcjach milczenia na placówce Otóż, kiedy tylko siostry wyjechały zaczęło się urwanie głowy. Tu ktoś pyta o egzaminy klas 7, tam chcą płacić za mundurki, nauczycielki z przedszkola wołają śniadanie, w szkole nauczyciele potrzebują jakieś listy, o których nawet nie słyszałam. A wszystko to komunikują w bemba, z którego znam tylko 7 słów. O ludzie, to był bardzo pracowity tydzień, już nawet nie chodziłam tylko biegałam po naszej posesji. Kiedy wykończona padałam wieczorem na łóżko dziękowałam Bogu, że to tylko tydzień z mojej kariery przełożonej konwentu. Pracowitość jednak popłaca. W piątek telefon – „Pierz ubrania i pakuj się lecisz do Kenii”. To wszystko, co powiedziała siostra Zofia. Myślałam, że chociaż po Jej przyjeździe dowiem się czegoś więcej, ale siostra nie mogła otworzyć maila i w sumie to do samego końca była to dla mnie wielka niespodzianka. Teraz znacie już przyczynę mojego milczenia. Jest nią prawie dwutygodniowa nieobecność w Mansie. I nie myślcie sobie, że to były wakacje!!!! To był „wyjazd – właściwie to wylot służbowy” i to prawie zupełnie darmowy Kosztował mnie tylko wizę 20$ no i drobne zakupy w Kenii
Jakoś tak Pan wszystko zorganizował, by ustrzec mnie przed transportem publicznym. Do Lusaki dotarłam z księdzem Michałem, który akurat jechał a wróciłam z księdzem Cześkiem, który akurat wracał. Co prawda w drodze powrotnej zajęłam miejsce jednego z księży, który niespodziewanie zachorował nagle na malarię, ale to już nie moja zasługa W ogóle śmieję się ostatnio, ze jestem wybrana przez Pana. W Lusace strasznie pogryzły mnie moskity. Miałam chyba z 500 kropek na obu nogach. Byłam pewna malarii ale na razie Bóg daje zdrowie
Kenia. Ta niespodzianka w Nairobi to spotkanie poświęcone wolontariatowi w Afryce. W meetingu uczestniczyli wolontariusze i księża misjonarze m.in. z Angoli, Zambii, Zimbabwe, Ghany, Sudanu czy RPA. Myślę, że ważne miejsce zajmowali lokalni księża pracujący z salezjanami na placówkach misyjnych. W spotkaniu wzięło udział dwóch lokalnych wolontariuszy, w tym jeden z Zambii, który zna wiele słów po polsku. Śmieliśmy się zatem, że Patric jest w połowie polskim wolontariuszem. Jeżeli chodzi o polską ekipę to Piotr reprezentował Zimbabwe (jest z mojej formacji), Lucyna i ja Zambię a Andrzej, którego poznałam na miejscu, bo jest z ośrodka krakowskiego – Ghanę. Oczywiście był też Polak reprezentujący Rzym czyli ks. Stanisław Rafałko. Na program spotkania składały się konferencję z zakresu charyzmatu salezjańskiego czy ewangelizacji. Niektóre tematy bardzo znane, niektóre ciekawe inne nudne na tyle że można książkę skończyć – wiadomo jak to jest z konferencjami. Była również praca w grupach, która dawała możliwość bliżej komunikacji uczestnikom. Jakoś tak zawsze brakowało czasu na poruszenie wszystkich zagadnień, które nam dawano
Co mnie zaskoczyło? Dobre jedzenie, myślę, że udało mi się nadrobić 4 stracone w Mansie kilogramy, moja otwartość na innych zwłaszcza, że nadal nie śmigam w angielskim najlepiej – chociaż udało mi się nawet przygotować modlitwy wieczorne po angielsku obecność Kasi Wnuk w Nairobi – tutaj pragnę podziękować za przemiłe przyjęcie i przenocowanie nas, wyposażenie mnie w nowe kolczyki, i imprezę pożegnalną po której chorowałam cały dzień. Byłam też zaskoczona pogodą. Było bardzo zimno jak na Afrykę. Pierwszy raz w Afryce udało mi się założyć skarpetki i to w ciągu dnia (nie mówię już o nocach, gdzie trzeba było ciepły koc wyciągnąć) i bluzę na długi rękaw.
Co mnie zszokowało? Muzyka amerykańska w taksówce w Kenii (u nas mamy wkoło zambijską, gdzie się nie ruszysz), że namówiono mnie do pocałowania żyrafy i to prawie z „języczkiem” co widać na załączonym obrazku, ale przede wszystkim rzeczywistość slumsów kenijskich. W drugim dniu wybraliśmy się na „wycieczkę” po slumsach. Widok straszny, aż trudno uwierzyć, że można żyć w takich warunkach. Nie będę opisywała w szczegółach wszystkich moich wrażeń i odczuć, bo przeżywałam już to wszystko raz i nie chcę wracać póki co. Byłą to jednak niezwykłą konfrontacja z rzeczywistościa opisywaną w książce „Siostra Emmanuelle”, którą właśnie czytam i polecam. Ta to musiała być nieźle „szurnięta” przez Bożą Łaskę.
Co mnie ucieszyło? Mam kolejnych znajomych w Malawii, Zambii czy Ghanie; komentarz że mam bardzo ładny głos jak śpiewam i tańczę lepiej jak niejedna Afrykanka (i to powiedział ksiądz Afrykańczyk!!!). W końcu całe spotkanie mówiłam wszystkim, że jestem Zambian from Mansa Największą radością było spotkanie z o. Pawłem po powrocie do Lusaki, który mimo zmęczenia ofiarował mi kilka cennych minut na rozmowę i żale.
Co mnie dręczyło? Tęsknota za dzieciakami i co niektórymi przyjaciółmi i to, że nie mogę wysłać tradycyjnie już wieczorem smsa do mojego przyjaciela czy do domu (zwłaszcza, że moja mamcia miała urodziny. Mamuś pamiętałam, tylko nie miałam jak wysłać Ci życzeń!!!!!)
Spotkanie, zatem uważam za udane, dało wiele radości, śmiechów szaleństw, zwłaszcza dwa dni spędzone w gronie typowo polskim. Można było też, choć trochę odpocząć i wypić kawę w jakimś cywilizowanym miejscu na mieście Udało się też zorganizować pierwszą polską Mszę Świętą w Afryce i to prawie multimedialną, ze względu na brak polskiego mszału, zobaczcie sami na zdjęciu. No cóż dobry misjonarz poradzi sobie w każdej sytuacji.
Czas jednak wracać już do opisywania codziennych obowiązków. Wróciłam do przedszkola i do oratorium. Wszyscy oczywiście pytali jak wycieczka i że bardzo się cieszą, że mnie widzą Nowe siostry sprawują się na razie na 5. Kongolijka, s. Godlive pracuje w Centrum i dobrze gotuje. Ma też niesamowite poczucie humoru i ciągle mi powtarza, że za mało jem. Sama jest 3 razy taka jak ja, nawet może 3,5. S. Anet – Zambijka- pomaga w przedszkolu i oratorium. Zwłaszcza w oratorium jest bardzo przydatna. Widać już pewne zmiany. Prowadzi formacje dla liderów, których mamy już chyba z 12, mają nawet swoje identyfikatory. Udaje nam się nawet od czasu do czasu wpaść z gromadą wrzeszczącej „kapenty” (tak nazywam dzieciaki, kapenta to malutkie suszone rybki) do Centrum i skorzystać z prawdziwego boiska do piłki. Mamy nawet zaproszenie by przychodzić częściej i korzystać z środków Centrum, tylko nie wiem czy father Michael o tym wszystkim wie
Pogoda? Już od kilku dni nie pada, i grzeje strasznie, że aż się wychodzić z domu nie chce. Tak, więc ledwo zipiąc czekam na infulę – deszcz.
Następnym razem napiszę za tydzień, bo mam tu teraz takie małe wyciszenie tygodniowe, co by myśli w głowie poukładać. Za dużo się dzieje wokół, za dużo pytań i sprzecznych informacji.
Zapomniałam napisać, że jedna z liderek Charity zauważyła ostatnio u mnie „białe” włosy. Tak więc siwych włosów coraz więcej. Już sama nie wiem, czy to od słońca czy ze stresu.
Korzystając z okazji składam życzenia urodzinowe Ewuni z Wańkowicza, która w lutym kończy dwadzieścia kilka lat. Ewuniu wiesz, czego ci życzę…tego pierścionka!!!!
Pamiętam o tych, którzy mają sesję i ferie. Tęsknie za Wami!!!!!!!

W nagrodę mam dla Was bajkę, którą ułożyła moja kochana Amelka z przedszkola w Olsztynie:
Dawno, dawno temu na biegunie mieszkał sobie w igloo z mamą i z tatą bałwanek, który miał na imię Mikołaj. Chciał bardzo pojechać do Afryki ale mama mówiła mu codziennie tak: "nie jedź do Afryki bo tam jest bardzo gorąco i możesz się rozpuścić". Ale Mikołaj był bardzo uparty i postanowił wymyślić jakiś sposób, żeby dojechać do tego gorącego kraju i się nie rozpuścić. Postanowił przepłynąć przez ogromny ocean w lodówce. I tak Mikołaj dzięki swojej pomysłowości zobaczył żyrafy, słonie i piasek na pustyni. Pozdrawiam Amelka.


Przesyłam tysiąc promieni słonecznych do zimowej Polski.

środa, 20 stycznia 2010

1%

Kochani jak nie wiecie co zrobic z 1% ja chętnie przyjmę wszystkie grosze jakie macie i razem mozemy wyposarzyć rzedszkole w Mansie w potrzebne zabawki i pomoce. Czekam na każdy grosik.

Stowarzyszenie Oratorium im. Św. Jana Bosko
i nr KRS - 0000151263
bardzo ważne by wpisać cel: ZAMBIA
w przeciwnym razie ks. Bozik nie odda mi kasy:)

W najbliższym czasie relacja z wyprawy na sympozjum do Kenii. Póki co żyje!!!!!!

niedziela, 3 stycznia 2010

Na pasterkę w sandałach




Od czego zacząć? Tyle znów wrażeń, tyle przeżyć!!! No dobrze, od początku. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia!!!! Są takie radosne!!!! Zwiastują nam nowe życie!! Czuję się jakbym została matką. To chyba dobry znak, że Maleńki Jezus przyszedł do mojego serca
Wigilia w tym roku była zupełnie inna niż zawsze. Od kilku lat wyglądała ona tak samo. Do południa w pracy, potem szybko na pociąg do domu. Nie interesowało mnie przygotowanie niczego, zajmowała się tym mama, podczas, gdy ja spędzałam ten czas w pociągu. Wieczorem kolacja, prezenty. Już nawet na pasterkę nie miałam siły. W tym roku zupełnie inaczej. Od rana strojenie kaplicy. Siostra Zofia zostawiła mi materiały, chwilkę podumałyśmy razem nad ideą przewodnią i pojechała do miasta. Ja usiadłam i westchnęłam: Duchu Święty, od czego zacząć? Na efekty długo nie czekałam. Zobaczcie sami na zdjęciach naszą kaplicę. A dzieciątko Jezus jest aż z Ziemi Świętej. Potem trzeba było przygotować małą choinkę z gałęzi sosny przyniesionych od Fatherów. Wycięli chyba wszystkie choinki, jakie mieli w ogrodzie do dekoracji holu i kościoła. Jedna z nich ma ze 4m wysokości. Jest olbrzymia. Śmiejemy się teraz, że w holu młodzież ma las. Potem należało w końcu się wziąć za robienie pierogów. Przyznam, że przepis na ciasto pierogów od Pani Basi z przedszkola jest rewelacyjny. Pierogi wyszły wyśmienite. Całe święta zajadałam się nimi. W tym wszystkim zapomniałam wypatrywać pierwszej gwiazdki. To wszystko przez to, że Mikołaj przyszedł do południa. Tak w samą wigilię odebrałam kolejną paczkę niespodziankę z Olsztyna. A w niej, ach cały zapas herbatek i kawki. I zapach polskich świąt w jednej z herbat!!! I przepiękne słowa. Dziękuję kobitki. Wieczorem za to kolejna niespodzianka. Telefon z Polski. Gosieńko tak na sercu się zrobiło cieplutko, kiedy cię usłyszałam, choć przyznam przez pierwsze 2 min zastanawiałam się, kto to dzwoni (numer mi się nie wyświetla). Jak dobrze mieć przyjaciół!!!
Wieczorem o 19 Msza Święta, która ze względu na dużą liczbę osób odbywa się zawsze w holu. Msza Oczywiście w języku bemba ale co tam, i tak każdy wie co się na świecie tego dnia dzieje. Były tańce, śpiewy chóru, a zamiast kazania przedstawienie narodzin Jezusa w wykonaniu młodzieży. Co prawda strasznie długie, a to przez scenę spisu ludności do której przyszło chyba „połowę Mansy”. Śmiałam się w duchu, że skończymy przedstawienie na Męce Pańskiej, ale na szczęście wszystko miało finisz na Narodzinach Jezusa.
Po Mszy, która trwała 4 godziny wpadłam jeszcze do sióstr na barszczyk i pierogi. Tego dnia nie było kolacji wigilijnej jak zawsze, nie wręczaliśmy prezentów jak zawsze (na wzór angielski robiliśmy to w pierwszy dzień świąt), nie było pasterki o 24 jak zawsze, ale za to było Boże Narodzenie w Afryce – jak nigdy.
Pierwszy dzień świąt był bardzo rodzinny. Fatherki przyszli na obiad i razem spędziliśmy popołudnie w radosnej atmosferze. W końcu można było rozdać prezenty. Uwielbiam robić niespodzianki. Ja za moje giftsy dostałam od każdego po buziaku. To był też dzień łączności z Polską, do telefonu ustawiła się cała kolejka rodzinna zebrana na obiedzie u babci. Jak miło było usłyszeć najbliższych, będąc tak daleko od domu.
Drugi dzień świąt jest tutaj dniem powszednim, dlatego kościół nie pękał w szwach. W niedzielę 27 udałam się z naszą młodzieżą do Lufubu. Odbyło się tam spotkanie młodzieży z 3 miejscowości. Niezwykłe doświadczenie, bardzo cieszę się, że mogłam obserwować rozwój duchowy młodych. Byłam zaskoczona poziomem spotkania. Codziennie o 6.30 Msza Święta, potem konferencje, spotkania w grupach, wieczorami czas na zabawę. Drugi dzień spędziliśmy nad pięknym wodospadem, najpierw wsłuchując się w Słowo Boże potem na kąpieli i pikniku. Przyznam, że miałam obawy, co do kuchni gotowanej na wodzie z rzeki, ale póki, co żyję. Kąpiel była z podziałem na grupy: chłopcy i dziewczęta. A to ze względu na to, że młodzi Afrykańczycy, czy tańczą, czy się kąpią myślą tylko o jednym…Pierwszy raz też odważyłam się jechać na otwartej przyczepie ciężarówki - FUSO, co wzbudziło zdziwienie i radość młodzieży. Momentami serce biło jak szalone ze strachu, ale przez całą drogę miałam obok mojego ochroniarza, który dobrze mnie trzymał. Podczas pobytu w Lufubu postawiłam na integrację międzykulturową i jadałam z młodzieżą. Co prawda mój żołądek odchorował zbyt dużą ilość nshimy ale i tak warto było. Wyjazd ten był także okazją do spotkania chyba z większością polskich misjonarzy, jacy pracują obecnie w Zambii, a to wszystko przez zmiany, które teraz się tu dokonują. Poza tym wieś zawsze dobrze robi na zmęczone ciało i duszę, a taka weranda, jaka jest na placówce w Lufubu w ogóle dodaje radości człowiekowi.
Czas spędzony z młodymi pozwolił mi także poznać niektórych z nich, gdyż, na co dzień nie pracuję z nimi. Miło było posłuchać o marzeniach i aspiracjach, które nigdy pewnie się nie spełnią w tym państwie. Każdy pyta też o Polskę, jak wygląda życie, jak wygląda Polska?
Sylwester zapowiadał się spokojny i nudny. W planach było przespanie Nowego Roku, ale jakoś tak nie wyszło. Nasza młodzież miała swoją imprezę w holu. Jak już poszłam z siostrą Zofią na chwilkę to wróciłam o 6 rano. Spotkanie rozpoczęło się modlitwami, medytacją nad Pismem Świętym. Potem był czas na podziękowania i pożegnania sióstr Chandy i Chisangi. Wszystkie grupy parafialne tanecznym krokiem wręczały prezenty i podziękowania. Największy aplauz zdobył taniec brata Stefana Oczywiście nie zabrakło występu moich ukochanych chłopaków, z Kasokolo – grupy akrobatyczno - tanecznej. Po występach obowiązkowo jedzenie. Była moja ulubiona kachesha. No a potem błogosławieństwo ks. Michała i wielka radość, na którą nie mogłam się napatrzeć. Wszyscy, co chwila przybiegali i ściskali mnie życząc dobrego roku. Tańcom i szaleństwu nie było końca. Wytańcowałam się za cały rok O 4 rano miała być Msza Święta. Poszłam chwilę wcześniej, żeby odmówić nieszpory. Ta chwila przerodziła się w godzinę. Jak to w Afryce bywa, nikt się nigdzie nie śpieszy. Przyznam, że już dawno nie miałam tak długiej medytacji nad swoim życiem, minionym rokiem, Słowem Bożym. Przerywana była ona chwilami snu, kiedy już nie potrafiłam zapanować nad swoim ciałem. Msza rozpoczęła się o 5. Najzabawniejszy był moment przekazania pokoju, bo gdy rozejrzałam się dookoła większość młodych spała na ławkach Pełna ufności i wiary w to, czym Bóg obdarzy mnie w Nowym Roku popatrzyłam na wschodzące słońce, zgasiłam światła w przedszkolu i szkole i poszłam spać. I tak przespałam prawie cały Nowy Rok, z przerwami na lunch i krótką wizytę u fatherów.
Święta świętami, a tu powoli trzeba wracać do pracy. Znów zostałam przełożoną na tydzień, bo siostry w stolicy, Ewa wraca z wakacji, dzieciaki dopytują, kiedy otwieramy oratorium, wszystko wraca do normalności. Tylko te zmiany wokół wprowadzają niepokój, jakoś tak brakuje siostry Mory, w sercu ciągła walka o to, co dalej!!!
Życzę Wam w Nowym Roku odwagi w spełnianiu pragnień i walce o swoje marzenia!!!!

PS. Muszę Wam się pochwalić moim nowym przyjacielem. Imienia jeszcze nie zdradzę, ale każdego dnia dziękuję Bogu za tych, których stawia na mojej drodze. To jest niesamowite, kiedy tylko pojawia się zmartwienie, trudność, pojawia się też nowa osoba w moim życiu, która dzieli ze mną ten trud.

środa, 23 grudnia 2009

Orędzie na Święta Bożego Narodzenia


Kochani,
Jak piszecie o śniegu, mrozie dopiero uświadamiam sobie, że to grudzień. Pewnie pomyślicie teraz, że zachowuję się jak bym była w Afryce od 15 lat i nie pamiętała już polskich zim!!!! Naprawdę można tu zapomnieć o śniegu
Wszyscy mi piszą, że to pewnie będą smutne święta, bo z dala od rodziny, kraju…Ja jednak mam nadzieję, że będą to święta wyjątkowe. Od wielu lat myślałam o misjach i w tym roku spełniło się moje wielkie pragnienie. Jestem w Afryce. Dowiedziałam się już, że nie ma tu kolacji wigilijnej, pasterki (jest Msza Święta wieczorna). W pokoju nie będzie stała choinka a ja nie usiądę do kolacji z moją rodziną. Będę jednak z ludźmi, do których Bóg mnie posłał. Cały czas pytam, czemu Afryka? Przecież chciałam do Albanii! Myślę, że przeżywając Boże Narodzenie w państwie, gdzie każdego dnia rodzą się setki, tysiące małych, brązowych (po urodzeniu podobno różowych) słodasków, gdzie na każdym kroku spotykasz radosne uśmiechy, gdzie nie przejdziesz 1m żeby Cię ktoś nie złapał za rękę, znajdę odpowiedź. Zazwyczaj wyrzeczenia sprawiają ból, przykrość, smutek. Myślę jednak, że moje wyrzeczenie się Świąt z rodziną w Polsce nauczy mnie jak kochać wielką miłością. „Bo gdy chodzi o kochanie wielką miłością, nie liczy się to, jak wiele dajemy, ale jak wiele miłości wkładamy w dawanie” (M. Teresa).
Najprawdopodobniej są to moje pierwsze i ostatnie święta w Afryce. Będę je ofiarować właśnie za Was, tych co zostawiłam w Polsce by potrafili zrozumieć moje decyzje, by potrafili dawać siebie innym, by dzielili się radością z tymi, którzy jej nie mają. Przecież to tak niewiele.
„Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam radość wielką…narodził się wam Zbawiciel”. Dla mnie najważniejsze jest nie to, gdzie czy z kim spędzam święta tylko odnalezienie wielkiej RADOŚCI w moim sercu w tych dniach, którą zgubiłam gdzieś w Polsce i dzielenie się nią z tymi, których Bóg postawił w tym czasie na mojej drodze (może uda mi się wyczarować, choć mały uśmiech na twarzach naszych fatherów – Smutasów za płotem).
Analizując wydarzenia z mojego życia uświadomiłam sobie jak wielką wiarę i ufność mam do Boga. Za każdym razem, kiedy mnie sprawdzał, czasem bardzo boleśnie, potrafiłam powiedzieć tak. Zdałam sobie jednak też sprawę jak mało czasu, uwagi Mu poświęcałam. Dałam Mu swoje ręce, ale chyba nie do końca oddałam Mu swoje serce. Zawsze czekałam, aż zapyta mnie wcześniej o moje zdanie. Teraz pozwalam Mu się posługiwać mną bez wcześniejszego pytania czy może.
Na ten nadchodzący czas wielkiej Radości życzę Wam byście oddawali się Bogu bez pytania was o zdanie, byście w swoich sercach odnajdywali wielką wiarę i ufność w Opatrzność Bożą, byście potrafili przyjąć w dniu Bożego Narodzenia Chrystusa, który przychodzi maleńki, bezradny i spragniony wielkiej miłości. Oddajcie Mu nie tylko wasze ręce, ale też i wasze serca.

PS. Od kiedy jestem w Zambii dostaję ciągle jakieś prezenty z Polski w postaci: Spodziewamy się dziecka!!!
Ostatnio dostałam kolejnego i proszę przystopujcie, bo jak wrócę populacja Polski wzrośnie o połowę. Tak bardzo cieszy mnie wiadomość o każdym kolejnym nowym życiu wśród moich znajomych. Chyba zmienię preferencje i zostanę świętą nie od umęczonych nauką, ale od stanu błogosławionego.
Pamiętajcie o mnie przy stole wigilijnym i wypijcie w mojej intencji filiżankę barszczyku!!!!!!